|
2007-10-07
"Niech zwycięża lepszy". Ta święta zasada rywalizacji sportowej
nakazująca docenić klasę przeciwnika bez względu na jego narodowość, rasę czy
religię nie we wszystkich państwach stanowi rzecz oczywistą. W Europie najczęściej
i w najbardziej drastycznej formie łamią ją... Niemcy, uchodzący w oczach wielu
mentalnych "folksdojczów" (często nie tylko mentalnych) za kraj wysoko
cywilizowany.
Dotychczas wydawało mi się, że ich prymitywne odruchy znajdują odzwierciedlenie
wyłącznie w relacjach polsko-niemieckich, które wymowne oddaje stare przysłowie:
"Jak świat światem, nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem".
Tutaj rzeczywiście przykładów jest aż nadto i to bez sięgania do lat 1914 czy
1939.
Trzymając się niwy sportowej wystarczy wspomnieć niedawny - dokładnie z
4 lutego 2007, a więc już w okresie unijnej "przyjaźni" - finał mistrzostw
świata w piłce ręcznej między reprezentacjami Polski i Niemiec. Gwizdy, wrzaski
i ordynarne gesty serwowane przez "cywilizowaną" widownię przy każdej
akcji naszych piłkarzy usłyszało i zauważyło wielu kibiców. Tylko nieliczni
jednak wychwycili, że pierwszym z hymnów odegranych w kolońskiej hali był hymn...
niemiecki.
Co ciekawe, to ordynarne złamanie elementarnych powinności gospodarza względem
gościa uszło także uwadze obecnego na meczu prezydenta RP, tak często podkreślającego
- zapewne tylko na użytek naiwnej gawiedzi w kraju - że "warto być Polakiem".
Zakończone w sobotę, 29 września 2007 w Stuttgarcie kolarskie mistrzostwa
świata (w zgodnej opinii obserwatorów przeprowadzone wręcz skandalicznie) przekonują,
że szwabskie chamstwo daje o sobie znać nie tylko w relacjach polsko-niemieckich.
Przez cały miniony tydzień gorąco kibicowałem i zaciskałem kciuki za znakomitego
włoskiego kolarza Paolo Bettiniego, osamotnionego w walce nie z rywalami
lecz... merem Stuttgartu Wolfgangiem Schusterem. Pan ów imprezę rangi
mistrzostw świata pod względem organizacyjnym sprowadził do poziomu wyścigu
dookoła trzepaka, koncentrując się niemal wyłącznie na próbie wyeliminowania
ze stawki zawodników właśnie Bettiniego. Aktualny mistrz świata i zwycięzca
wielu kolarskich klasyków był bowiem najgroźniejszym rywalem dla reprezentantów
"gościnnych" gospodarzy.
Za pretekst posłużyła "walka z dopingiem" polegająca bynajmniej
nie na rzetelnej kontroli antydopingowej (którą Bettini zawsze akceptował) lecz
na zmuszaniu kolarzy do podpisywania oświadczeń, pozwalających zabierać im całoroczne
zarobki, gdy jakakolwiek kontrola da wynik pozytywny. Czyli - nawet przypadek
mógłby zadecydować o finansowym być albo nie być zawodowego sportowca i jego
rodziny.
Ambitny
Włoch ostatecznie postawił na swoim, a o jego pozasportowym zwycięstwie zdecydował
sąd, który nie mógł znaleźć podstaw prawnych do uzasadnienia takiej formy ukarania
Bettinigo. Jedna rzecz jednak wygrać w sądzie, inna - wygrać ze 197 konkurentami
na 267-kilometrowej trasie pod tak wielkim obciążeniem psychicznym, w dodatku
- zupełnie nie związanym z rywalizacją sportową.
Niemiecki cham w randze mera Stuttgartu i w tym wypadku nie doznał satysfakcji.
Paolo Bettini w pięknym stylu finiszował jako pierwszy i po raz trzeci stanął
na najwyższym podium mistrzostw świata. Ba, przejeżdżając linię mety oddał symboliczne
lecz jakże wymowne "strzały" w kierunku swoich niemieckich adwersarzy.
Żal tylko, że późniejsze łzy Bettiniego były łzami nie szczęścia lecz mieszaniny
rozżalenia i wściekłości na myśl o upokorzeniach, jakie spotkały go w kraju
uchodzącym za cywilizowany.
Pocieszające w tym wszystkim jest to, że teutońska buta, prymitywizm i dążenie
do celu najbardziej perfidnymi metodami przegrały z samotną walką dzielnego
kolarza. Nie taki zatem "Dojczland" wielki, silny, kulturalny i niezwyciężony
jak go malują współcześni folksdojcze z III/IV RP.
Henryk Jezierski
|