|
2007-10-16 Z czasów zasadniczej służby wojskowej w Marynarce Wojennej pamiętam
taką oto, absolutnie nieoficjalną, definicję granatu zaczepnego: jest to granat
do rozpoznawania siły żywej nieprzyjaciela (w nomenklaturze wojskowej "n-pla").
Rzucasz nim w kierunku z którego nadchodzi przeciwnik, a następnie po wrzaskach,
jękach i przekleństwach wiesz z kim masz do czynienia. Jest tu pewna analogia
z rozpoznawaniem zakonspirowanego żydostwa, szczególnie żywo reagującego na dwa
"granaty zaczepne".
Pierwszy wzbudza żywiołową reakcję Judejczyków w momencie kwestionowania
ICH wersji tzw. holocaustu. Rzecz bynajmniej nie w skali tej eksterminacji
(nawet 6 mln ofiar oficjalnie narzuconych przez Sanhedryn to i tak nikły procent
wobec liczby Słowian wymordowanych tylko w czasie II wojny światowej) lecz w
określaniu jej faktycznych sprawców. Gdy w mniej lub bardziej przypadkowych
dyskusjach twierdzę, że to nie ludzie ludziom (patrz: cytat z "Medalionów"
Zofii Nałkowskiej) lecz Żydzi Żydom zgotowali ten los, podpierając się
np. żydowskim pochodzeniem Adolfa Eichmanna, głównego pomysłodawcy i
realizatora "ostatecznego rozwiązania" lub liczbą ok. 150 tys.
Żydów służących w Wehrmachcie, wówczas doświadczam zadziwiającej polaryzacji
wśród moich rozmówców. Jedni, zazwyczaj nieliczni, dopytują o przesłanki do
takiego twierdzenia (chętnie je udostępniam), inni - wprost przeciwnie; zamiast
pytać usiłują zakrzyczeć kolejnego namierzonego "antysemitę". Nie
muszę tłumaczyć kim są ci inni, chociaż nie brakuje wśród nich także szabas-gojów,
zbyt tępych i zbyt leniwych, by weryfikować swoją dotychczasową "wiedzę".
Drugi z "granatów zaczepnych" to stosunek Żydów do tzw. Protokołów
Mędrców Syjonu, opublikowanych w całości i obszernie skomentowanych w MOTO
(patrz: http://www.moto.gda.pl/strona.htm?id=499).
Na nic zdają się tutaj jakiekolwiek argumenty, włącznie z wyjątkową sprawdzalnością
rabinackich instrukcji nawet dzisiaj, po ponad 100 latach od ich ujawnienia.
Wszyscy Żydzi - i jawni, i tajni - zgodnie traktują ów scenariusz jako "nieudolną
fałszywkę carskiej ochrony". Chciałoby się zapytać: Skoro taka nieudolna
i w dodatku fałszywa to po co zakazywać jej rozpowszechniania? Przecież książki
z dziedziny tzw. political fiction to bardzo popularny dział współczesnej
literatury...
Publikując na początku maja br. felieton pt. "Warto być Polakiem,
zwłaszcza wśród przybłędów" (patrz: http://www.moto.gda.pl/strona.htm?id=580)
niechcący odbezpieczyłem trzeci "granat zaczepny". Eksplozję, a po
niej wrzaski i przekleństwa Judejczyków spowodowały zwłaszcza dwa fragmenty:
"... Polskość bowiem to określenie narodowości, a tej nie uzyskuje się
z samego faktu posiadania obywatelstwa RP, czy - wcześniej - PRL. Przypisane
konstytucją prawa obywatelskie dla marszałka Rokossowskiego lub piłkarza
Olisadebe wcale nie są równoznaczne z obowiązkiem uznawania ich za Polaków.
Takie same zasady kwalifikowania dotyczą Kaczyńskich i faktu tego nie
są w stanie zmienić nawet rekomendacje "Gazety Polskiej" czy
Radia Maryja...
... Skoro podkreśla się żydowskość osób kojarzonych pozytywnie, że wymienię
np. Alberta Einsteina (fizyk) czy Artura Rubinsteina (pianista)
to dlaczego nie zastosować tego samego klucza wobec osób publicznych, piastujących
najwyższe funkcje lub uchodzących za niekwestionowane autorytety. Zwłaszcza
w kraju, który a priori kojarzony jest z antysemityzmem i prześladowaniem osób
innej narodowości niż polska, innego wyznania niż rzymskokatolickie i innych
preferencji seksualnych niż naturalne, damsko-męskie..."
No i zaczęło się... Żydowskie przechrzty i inni przebierańcy nacyjni podnieśli
rwetes, uznając oczywistą definicję Polaka za zamach na ICH sposób etykietowania
obywateli RP. Trudno się temu dziwić. Nie o urażone poczucie patriotyzmu tu
bowiem chodzi lecz o zagrożenie dla obecnych i przyszłych geszeftów. Nawet w
deklaracji Kaczyńskich o tym, że "warto być Polakiem" pobrzmiewa
wyraźnie żydowska interesowność. Mnie np. zawsze wydawało się, że bycie Polakiem
oznacza nie jakąś korzyść lecz przede wszystkim obowiązek obrony Ojczyzny i
rodaków przed działaniami naszych wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. Przybłędy
jednak uważają inaczej. Ba, chcą nie tylko odcinać kupony od swojej "polskości"
ale wręcz mieć monopol na jej definiowanie. Na dowód przytoczę fragment wypowiedzi
prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Programie I Polskiego Radia z
2 maja 2007:
"... to poczucie narodowe jest dzisiaj bardzo istotne. Poczucie nie nacjonalistyczne,
w żadnym wypadku nie plemienne, natomiast to nie względy etniczne decydują o
tym, czy ktoś jest, czy nie jest Polakiem..."
Spośród wielu e-mailowych ataków na tezy, jakie zawarłem w majowym felietonie
pozwalam sobie zacytować w całości i bez jakichkolwiek poprawek korespondencję
nadesłaną 18 maja 2007 przez Panią Reginę Mikielewicz z Berlina (Niemcy).
Czynię to z dwóch powodów. Pierwszy to wyjątkowo kulturalna forma listu, całkowicie
odbiegająca od bogatej korespondencji, w której brak argumentów moi antagoniści
zastępowali prymitywnymi inwektywami. Powód drugi podyktowany jest moją chęcią
przedstawienia Czytelnikom "MOTO" na czym polega odmienność mentalności
żydowskiej lub szabas-gojowskiej przez Żydów ukształtowanej od charakteru prawdziwych
Europejczyków, czyli białych ludzi wywodzących się z kręgu cywilizacji łacińskiej.
Do rzeczy, czyli do listu Pani Reginy:
"Szanowny Panie Henryku!
Wzruszył i natknął mnie refleksją Pana esej (literacko piękny) w tytule którego
zawarł Pan stwierdzenie "Warto być Polakiem". Wydruk otrzymałam w
jednym z polskich sklepów w Berlinie.
Z podobnymi tekstami spotykałam się nie raz i przyznam - lekceważyłam chaotyczne
dywagacje ludzi niesprawnie myślących i bełkotliwie piszących. Zupełnie czym
innym jest Pana tekst: logiczne argumenty, ładny choć dość "emocjonalny"
język, poprawna stylistyka etc.
Tylko... Panie Henryku - mógłby Pan łaskawie przedstawić kryteria określające
Prawdziwego Polaka? (z szacunkiem piszę wielką literą, ba! stoję na baczność).
Czy nos, uszy, twarz szeroka a szczera, słowiańskie oczy (jakie - maślane?)
czy może jeszcze coś innego?
Zaraz wyjaśnię dlaczego pytam. Zajrzałam na Pana stronę internetową i zobaczyłam
Pańską fotografię. Ze zdjęcia spogląda twarz sympatyczna, ale... aż boję się
pisać, bo czy nie obrażę? - jak żywo podobna do amerykańskiego naukowca Żyda
(sic!)
Czy zbadał Pan swoje pochodzenie, oczywiście - nie od Adama i Ewy, ale... no,
chociażby od Krzywoustego. Wiemy przecież dobrze i Pan i ja (choć to nas nie
dotyczy, broń Boże!) że najbardziej zagorzałymi przeciwnikami swojego starego
wyznania są właśnie neofici. A propos: Pan z których Jezierskich, tych nizinnych,
zwanych popularnie błotnymi czy może od jaćwingowskich?
Łączę wyrazy szacunku
Regina Mikielewicz"
Proszę zwrócić uwagę na kilka specyficznie żydowskich metod zastosowanych
przez autorkę tego listu.
Po pierwsze: "zaczadzić" goja (czyli nie-Żyda) komplementami,
a następnie przygwoździć go zaskakującym ciosem.
Pani Regina najpierw raczyła wyróżnić mnie za "esej (literacko piękny)"
i "poprawną stylistykę", po czym przystąpiła do poruszenia
kwestii dla niej zasadniczej, czyli podważenia mojej polskości nie w oparciu
o fakty lecz z powodu braku przedstawienia precyzyjnego rodowodu, wyprowadzonego
od samego Krzywoustego, co z przyczyn oczywistych jest niemożliwe, a ponadto
- zbędne. Pamiętać bowiem należy, że faktyczne zażydzenie społeczeństwa polskiego
rozpoczęło się dopiero w pierwszej połowie XVIII wieku, gdy talmudyczny Żyd
Jakub Frank wraz ze swoimi wyznawcami "nawrócił się" na katolicyzm,
zyskując w zamian dla siebie i swoich ziomków nie tylko status pełnoprawnych
Polaków ale także
szlachciców z herbami, chętnie udostępnianymi "braciom
starszym" przez szlachtę z kresów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zwłaszcza
najbardziej durnowatą, pochodzenia litewskiego i ruskiego.
Po drugie: przyłożyć do goja swoją, prymitywną z natury bo żydowską,
miarkę licząc, że wystraszy się zakwalifikowania do nacji, której nie darzy
zbytnim szacunkiem.
Tutaj Pani Regina też trafiła kulą w płot. Świadomie pomijam wątek swojego
domniemanego podobieństwa do "amerykańskiego naukowca, Żyda" bowiem
tenże niczym nie różni się do "amerykańskiego polityka, Żyda", co
można sprawdzić porównując np. fizjonomie amerykańskich noblistów z dziedziny
ekonomii (nagradzanych zapewne za wprowadzenie USA w zadłużenie liczone dziesiątkami
bilionów dolarów) z fizjonomią np. polityka Paula Wolfowitza, jednego
z autorów przekucia "terrorystycznego zamachu" na WTC w agresję na
Irak.
Wielokroć bardziej interesuje mnie przekonanie Pani Reginy i podobnych jej
parchów lub szabas-gojów, że osoba krytyczna wobec poczynań żydowskich namiestników
RP (wcześniej PRL) byłaby przerażona z powodu ewentualnego zdekonspirowania
jako potomka nacji mojżeszowej. Przekonanie to wypływa zapewne z tajnej instrukcji
Sanhedrynu mówiącej wyraźnie, iż głupi to Żyd, który ujawnia swoje pochodzenie.
Tymczasem dla osoby o uczciwych intencjach wobec kraju, w który żyje nie ma
to praktycznie żadnego znaczenia. Wprost przeciwnie - stanowi powód do dumy.
Wyraziłem to dobitnie w poniższej odpowiedzi adresowanej do mojej antagonistki:
"Szanowna Pani Regino!
Chyba źle odczytała Pani moje intencje. Wprawdzie mentalnie i w absolutnej zgodzie
z metryką uważam się za obywatela Polski narodowości polskiej lecz wcale nie
kryłbym faktu, gdybym miał korzenie np. żydowskie. Cóż to bowiem za cnota bronić
polskich interesów będąc 100-procentowym Polakiem? Taką postawę uważam wręcz
za bezdyskusyjny OBOWIĄZEK. Ba, złośliwcom i prowokatorom wypominającym mi poruszanie
tematów społecznych w tytule motoryzacyjnym tłumaczę, iż MOTO to skrót
od zawołania: Mój Obowiązek To Ojczyzna.
Gdyby jednak trzeba było zestawić moją 30-letnią publicystykę w obronie Polski
i Polaków z moim - przyjmijmy takie założenie - żydowskim pochodzeniem, wówczas
znalazłbym się w elitarnym panteonie ledwie kilku Żydów prawdziwie zasymilowanych
i lojalnych wobec swojej nowej Ojczyzny oraz jej prawowitych gospodarzy. A to
- przyzna Pani - byłby zaszczyt szczególny.
Swoich korzeni "od Krzywoustego" nie badam, bowiem w przeciwieństwie
do wielu żydowskich przybłędów z azjatyckiej Chazarii nie mam żadnym kompleksów
na tle ewentualnego polskiego "szlachectwa". To akurat koczownicy
plemienni o metryce wypisanej na twarzy z lubością tytułują się "Wielowieyskimi",
"Ujazdowskimi" lub "Mazowieckimi". Po mieczu i kądzieli
pochodzę z rodzin chłopskich - fakt, że zamożnych - żyjących od pokoleń na zachodnim
krańcu Lubelszczyzny, a ta warstwa społeczna ma akurat największe prawa do niekwestionowanej
polskości. Wystarczy sprawdzić pochodzenia słowa Polska.
Przy okazji... Z poniższego listu wynika, iż dokonała Pani dokładnej analizy
mojej "twarzoczaszki", sytuując mnie - zaręczam, że niezasłużenie
- w gronie amerykańskich naukowców z żydowskim rodowodem. Czy mogę zatem liczyć
na rewanż w postaci Pani zdjęcia?
Z poważaniem -
Henryk Jezierski"
Niestety, Pani Regina swojego zdjęcia przysłać nie raczyła, rewanżując się...
zaproszeniem na "biesiadę literacką" w Sopocie z udziałem znajomej
Żydówki, lansującej własne wspomnienia z marca 1968. Choćby w takim kontekście
dodatkowa informacja o tym, że Pani Regina Mikielewicz zajmuje się w Niemczech
wydawaniem nie polskiego lecz polskojęzycznego (tak to zaznaczyła w charakterystyce)
pisma społeczno-kulturalnego o tytule "Akcent", jednoznacznie
określa prawdziwe korzenie mojej korespondentki. Zarabiać na Polakach z Berlina
- i owszem, lecz bez jakiegokolwiek utożsamiania się z nimi.
A propos berlińskich Polaków... Chciałbym zwrócić uwagę na sposób w jaki
polskojęzyczna Żydówka natrafiła na wydruk mojego felietonu z maja br. Okazuje
się bowiem, że nawet w stolicy europejskiego państwa najbardziej podatnego na
żydowską tresurę, znalazł się jakiś dzielny rodak nie żałujący swojego czasu,
pieniędzy i odwagi w kolportowaniu nie polskojęzycznych lecz polskich
publikacji. Mogę tylko podziękować mu serdecznym: Bóg zapłać!
Ktoś zapyta: skąd ta dociekliwość w sprawdzaniu korzeni nominalnych obywateli
RP? Ano stąd, iż wielu z nich uzurpuje sobie prawo do wyłącznego reprezentowania
"prawdziwych Polaków", choć nie ma ku temu elementarnych podstaw,
zwłaszcza w kontekście, mniej lub bardziej skrywanych, intencji swojego działania.
Osłabiona została wprawdzie władza Kaczyńskich lecz teraz nadzór nad RP przejął
folksdojcz D. Tusk (autor tezy w myśl której "polskość to nienormalność"),
wspierany m.in. przez takie "autorytety" jak wyjątkowo plugawy oraz
wyjątkowo antypolski Żyd i "profesor" W. Bartoszewski.
Powyższa, pozorowana zmiana warty już niebawem - czego jestem pewien
- znajdzie swoje odzwierciedlenie w środowiskach narodowych. Po parlamentarnej
przegranej LPR i błyskawicznej dezercji jej lidera Romana Giertycha,
który opuścił tonący statek nie tak, jak przystało na jego kapitana lecz w charakterze
szczura, powstała próżnia, którą będą starali się wypełnić następni "narodowcy".
Warto zatem sprawdzić metryki osób uzurpujących sobie prawo do reprezentowania
Polaków w nowych realiach. Bez względu na to, czy ma to być reprezentowanie
na scenie partyjnej, czy "tylko" medialnej, ograniczonej do tytułu
prasowego lub - choćby - portalu internetowego z prawicą, narodem i Polską w
nazwie lub programowej deklaracji.
Nie widzę żadnych powodów, aby z takiej weryfikacji wyłączeni zostali nawet
tak licencjonowani polscy patrioci jak np. Leszek Bubel czy Stanisław
Michalkiewicz, nie wspominając o kiepsko zakonspirowanych folksdojczach
w rodzaju niejakiego Stefana Kosiewskiego, pouczającego nas zza Odry,
co jest dla Polaków dobre, a co nie. Moje oczekiwanie jest zasadne tym bardziej,
że takowej weryfikacji poddaję się jako pierwszy i z własnej inicjatywy. W dodatku
- z pozycji zwykłego polskiego dziennikarza, który nie zamierza wydawać "jedynego
prawdziwie polskiego" tytułu czy zakładać "jedynie prawdziwie polskiej"
partii.
O tym, że jest to inicjatywa zasadna świadczy przykład wspomnianego Leszka
Bubla. Wydawca tygodnika "Tylko Polska", wódz Polskiej Partii
Narodowej i wyłączny dysponent zdobytych podstepem praw rejestracyjnych
do Stronnictwa Narodowego nadal nie raczy odpowiedzieć na moją inicjatywę
dotyczącą wzajemnej wymiany metryk chrztu. Ja swoją - zamieszczoną poniżej -
wysłałem L. Bublowi dokładnie 9 października 2007, a więc trzy tygodnie temu.
Rewanżu nie ma do dzisiaj... Trudno o lepsze uzasadnienie dla tytułowego apelu.
Henryk Jezierski
(29 października 2007)

|