|
2009-01-05
"Dzięki
Ci Boże, że go od nas już zabrałeś"... Tej treści napis - oczywiście
budzący oburzenie "autorytetów" - na transparencie towarzyszącym uroczystościom
pogrzebowym niejakiego Bronisława Geremka vel Lewartowa oddaje
dosyć wymownie, a przy tym w oględnej, chrześcijańskiej formie, stosunek wielu
Polaków do czołowego przedstawiciela żydokomuny w jej szczególnie plugawym,
gdyż bolszewickim wymiarze. Dzisiaj trzeba być bowiem rasowym koczownikiem plemiennym
bądź szabas-gojem z medialnie obrzezanym mózgiem, aby uważać Geremka za "wielkiego
Polaka" oraz "wielkiego Europejczyka". Dobrze więc się stało,
że poszedł w diabły, do sektora zarezerwowanego dla wszelkiej swołoczy sowieckiej.
Jeśli zatem wracam do osoby memłająco-żydłaczącego UW-eka w felietonie motoryzacyjnym
to tylko z powodu okoliczności wypadku drogowego w konsekwencji którego polska
ziemia przestała nosić "drogiego Bronisława", a także - z powodu bulwersującego
sposobu wyjaśniania tychże okoliczności przez prokuratorów z Nowego Tomyśla,
jakby nie patrzeć funkcjonariuszy państwowych 3/4 RP z obowiązkowymi dyplomami
uczelni wyższych w zakresie prawa.
Od ponad trzydziestu lat zajmuję się publicystyką motoryzacyjną lecz nigdy
dotąd nie spotkałem tak oczywistego zdarzenia badanego w tak niekompetentny
sposób i w tak długim czasie. Można by przyjąć, że przyczyną jest tutaj skandaliczna
tępota nowotomyskich prokuratorów lecz tej tezy nie da się obronić bez narażania
na śmieszność. Po pierwsze - każda tępota ma swoje granice, zwłaszcza gdy na
biurku leżą zdjęcia, szkice sytuacyjne i zeznania świadków. Po drugie - sprawa
śmierci "wielkiego Polaka" stała się zbyt głośna, aby władze wahały
się przed wymianą prokuratorów na mądrzejszych, gdyby zaistniała taka potrzeba.
Pozostaje zatem wariant ze świadomym gmatwaniem sprawy.
Zacznijmy od faktów bowiem ich jednoznaczna wymowa nie podlega jakiejkolwiek
dyskusji. W niedzielę, 13 lipca 2008 roku, przy dobrych warunkach pogodowych
na prostym odcinku międzynarodowej trasy E30 w pobliżu miejscowości Lubień (gmina
Miedzichowo, Wielkopolska), osobowy Mercedes zjeżdża na przeciwległy
pas ruchu i uderza czołowo w dostawczego Fiata Ducato. Sprawa - wydawałoby
się - prosta jak konstrukcja cepa, do prokuratorskiego wyjaśnienia w kilka,
najwyżej kilkanaście dni.
Sęk
w tym, że za kierownicą luksusowej limuzyny siedział Bronisław Geremek vel Lewartow,
jeden z kluczowych namiestników żydokomuny w PRL oraz 3/4 RP, gdy tymczasem
"dostawczakiem" podróżowali dwaj zwykli obywatele tejże RP - Edward
Paterek oraz jego zięć Sebastian Sołtysiak jako pasażer. Orzeczenie
ewidentnej winy "wielkiego autorytetu" oraz przyznanie racji (i odszkodowania)
dwóm zwykłym "gojom" widać nie bardzo pasowało żydokomunistycznej
władzy, bowiem jej prokuratorskie narzędzia "biedziły się" ze sprawą
nie kilka lub kilkanaście lecz prawie dwieście dni... Co ciekawe, mimo ponad
półrocznego okresu wytężonej pracy, spod prokuratorskich rąk wyszło dzieło wyjątkowo
trefne, by nie rzecz - śledcze gówno.
Nic jednak dziwnego, skoro główne wysiłki prokuratorów z Nowego Tomyśla
szły w kierunku jakby zupełnie przeciwnym od przewidywanego; zamiast wyjaśniać
okoliczności wypadku, starano się je jeśli nie zatuszować, to przynajmniej rozbudować
o nowe, zaciemniające sprawę, wątki.
Na potwierdzenie jeden z nich. Oto użyteczni idioci, występujący w roli
"rzeczoznawców" posunęli się do stwierdzenia, że Geremek zjeżdżając
na przeciwny pas ruchu stał się mimowolną ofiarą tzw. syndromu autostradowego,
czyli podświadomego przekonania, że droga, którą jedzie to ciągle dwupasmowa,
jednokierunkowa jezdnia autostrady A2, którą opuścił w okolicach Nowego Tomyśla.
Problem w tym, że nawet małpie wystarczy kilka sekund, aby dostosować się np.
do zmienionych warunków jazdy skuterem po cyrkowym wybiegu. Tymczasem Geremek
vel Lewartow, zgodnie z teorią darwinizmu lansowanego przez jego żydowskich
współplemieńców, przewyższał małpę intelektualnie przynajmniej o jeden szczebel,
a ponadto miał na dostosowanie się do nowej sytuacji drogowej nie kilka sekund
lecz... kilkanaście minut. Kto nie wierzy, niech spojrzy na mapę i sprawdzi
odległość od końca autostrady A2 do miejsca wypadku.
Istotne światło na sposób powadzenia postępowania prokuratorskiego rzuca
także relacja pasażera Fiata Ducato, Sebastiana Sołtysiaka dla dziennika "Polska",
opublikowana 30 październik ub.r. Poniżej cytujemy jej kluczowy fragment:
"... Sołtysiak nie stracił wówczas przytomności. Pamięta, jak auto
polityka nagle wyjechało na jego pas i uderzyło w samochód. Tak świadek zeznał
podczas pierwszego przesłuchania przez policjantów, tuż po wypadku. Ale podczas
kolejnego przesłuchania, prowadzonego przez panią prokurator z Nowego Tomyśla,
zmienił zeznania.
>>Mówiłem jej to samo, co policjantom<< - relacjonuje
Sebastian Sołtysiak. >>W końcu doszliśmy do kwestii samego zderzenia.
Wówczas pani prokurator po raz kolejny powiedziała o grożącej mi odpowiedzialności
karnej za składanie fałszywych zeznań. Pytała, czy aby na pewno wszystko pamiętam.
Stwierdziła, że napisze, iż to policjant zasugerował mi treść poprzednich zeznań.
Przestraszyłem się. Bałem się, że będę miał kłopoty i zmieniłem zeznania<<
- przyznaje pasażer fiata".
Rozmówca dziennika "Polska" wytknął ponadto śledczym zbyt późne
powiadamianie go o możliwości wzięcia udziału w przesłuchaniach innych świadków.
Np. o bardzo istotnym dla przebiegu sprawy przesłuchaniu kierowcy z Niemiec
dowiedział się... trzy tygodnie po fakcie.
Pamiętać przy tym należy, że zarówno 31-letni Sołtysiak jak i jego teść
z powodu braku środków do życia i poniesionych wskutek wypadku strat poddani
byli szczególnej presji czasu. Od terminu zakończenia śledztwa zależało bowiem
uruchomienie procedury wypłacenia im odszkodowań. W takiej sytuacji łatwo "wymiękczyć"
poszkodowanych i skłonić do przedstawienia wersji wydarzeń, najlepiej pasującej
prowadzącym śledztwo.
Plon tego ostatniego, w postaci decyzji o umorzeniu postępowania prokuratorskiego,
poznaliśmy dopiero 22 grudnia ub. r. Tak kuriozalnego uzasadnienia nie czytałem
od dawna. Oto za pośrednictwem Magdaleny Mazur-Prus, rzeczniczki Prokuratury
Okręgowej w Poznaniu dowiedzieliśmy się, że "PRAWDOPODOBNĄ (podkreślenie
moje - H. Jez.) przyczyną wypadku było zaśnięcie profesora za kierownicą",
a tę wersję potwierdzają świadkowie tragedii, głównie "kierowcy samochodów,
które jechały za mercedesem polityka".
I jeszcze jedno ciekawe sformułowanie: "W trakcie śledztwa przesłuchano
m.in. osoby, które podróżowały w okolicy aut uczestniczących w wypadku, policjantów
pracujących na miejscu zdarzenia, a także osoby postronne, które w chwili wypadku
znajdowały się w okolicy i widziały zdarzenie".
Nigdzie, podkreślam nigdzie, nie ma ani słowa o zeznaniach najbardziej
kluczowego świadka zdarzenia, tj. pasażerki Mercedesa, która - w przeciwieństwie
do "drogiego Bronisława" - uszła z życiem. Ba, jej obrażenia okazały
się mniej groźne niż urazy kierowcy i pasażera Fiata Ducato. "Dama"
towarzysząca europosłowi zniknęła z pola widzenia prokuratorów oraz mediów jak
kamfora.
Nasuwa się pytanie: dlaczego? Próbą wyjaśnienia tej kluczowej wątpliwości
była krążąca po internecie teza, iż Geremek vel Lewartow zginął od "laski",
czyli seksu oralnego uprawianego z pasażerką podczas jazdy samochodem. Jest
to teza wielce prawdopodobna, zważywszy tajemnicze zniknięcie "damy"
oraz minimalne skutki wypadku jakich doświadczyła, możliwe dzięki przebywaniu
podczas zderzenia pod tablicą rozdzielczą, we wnęce na nogi chronionej przez
najlepszą strefę zgniotu, czyli komorę silnikową.
Pozostaje faktem, że była to ostatnia "laska" Geremka. Bez względu
na to, czy pod pojęciem "laski" będziemy rozumieli osobę (czytaj:
pasażerkę Mercedesa), czy też czynność seksualną. I niech tak zostanie.
Przynajmniej do czasu, gdy jacyś filosemici z IPN trafią na "nowy"
ślad i zdemaskują skandaliczną profanację członka "wielkiego Polaka",
który miał być tylko obrzezany, a okazał się dodatkowo... odgryziony.
Henryk Jezierski
03 stycznia 2009
|