|
2009-05-10
NIEMIECKI REWANŻYZM I POLITYKA ROSZCZENIOWA
U PODSTAW NEGOWANIA ISTNIENIA KL WARSCHAU
(Referat przygotowany na sesję naukową o KL Warschau)
Po nieudanym pierwszym szturmie na Muzeum Powstania Warszawskiego,
odpartym przez jego dyrekcję, reanimatorzy pamięci o KL Warschauzcie zbierają
się, ale w trudnej politycznie i merytorycznie atmosferze niemal maniackiego
uporu grupy osób, które rzekomo ubzdurały sobie istnienie jakiegoś KL Warschau,
podczas gdy cały świat wie już od ponad pół wieku, że w stolicy Polski okupowanej
przez Niemców, istniał tylko jeden obóz koncentracyjny czyli warszawskie getto,
a w Warszawie wybuchło tylko jedno powstanie, właśnie powstanie w getcie.
Z problematyką KL Warschau połączył mnie merytorycznie rozdział mojej książki:
"Niemieckie ludobójstwo na polskim narodzie". Oparłem go na
dwóch zródłach: książce pani sędzi Marii Trzcińskiej pt. "Obóz
zagłady w centrum Warszawy KL Warschau" oraz na biuletynach Głównej
Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, zwłaszcza na tomach: pierwszym z
1946 roku oraz czwartym i szóstym z 1948 roku. Jako ciekawostkę podałem tam
informację, że pierwsze tomy tych biuletynów, zgromadzone w Wojewódzkiej
Bibliotece Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie, nawet po upływie
60 lat jeszcze nie miały rozciętych kart, toteż przychodziłem do czytelni z
nożykiem, a wszystko to w mieście dwóch uniwersytetów, które do tego czasu wyprodukowały,
bo inaczej tego nie można nazwać, dziesiątki tysięcy absolwentów, w tym wiele
tysięcy magistrów historii, a także doktorantów i profesorów.
Z tychże biuletynów wyłonił się jeszcze inny rozdział mojej książki pt.
"Pawiak", ważny w kontekście KL Warschau, bowiem więźniowie Pawiaka
przez wiele dni słyszeli serie z broni maszynowej i pojedyncze strzały na terenie
ruin getta, gdzie rozstrzeliwano również grupy więźniów Pawiaka. W książce zamieszczam
relacje więźniów oraz relacje osób, które z ukrycia obserwowały masakry na terenie
KL Warschau i palenie zwłok na sążniach drzewa.
W tomie pierwszym Biuletynu GKBZH znajduje się m.in. następujący meldunek
więźnia Pawiaka:
"Dnia 29 maja wyprowadzono z więzienia i rozstrzelano w ruinach
getta 25 kobiet i 550 mężczyzn. Dobrze słyszeliśmy z więzienia".
Zauważmy: rozstrzelano w ruinach getta a nie w getcie, bo fałszerze historii
powstańczej Warszawy usiłują wykazać, że było to dobijanie Żydów w getcie, podczas
gdy ono już nie istniało.
Meldunek z 3 czerwca 1943 roku:
"Dziś rozstrzelano 42 mężczyzn i 9 kobiet. W tym jedną w dziewiątym
miesiącu ciąży".
Stanisław Trzciński prowadzony na rozstrzelanie w grupie cywilów, wykorzystał
nieuwagę eskorty, skoczył do mijanego schronu przeciwlotniczego i przez dwa
tygodnie słyszał każdego dnia serię z broni maszynowej, pojedyncze strzały i
krzyki mordowanych. Widział przez szpary w parkanie, z odległości zaledwie 40
metrów chodzących SS-manów, płonące stosy z bali drzewnych i ciał na nich ułożonych
w kilku warstwach. Żywił się dojrzewającymi tam pomidorami i warzywami.
W ogródkach ukrywał się Bolesław Korzeniak, który obserwował egzekucje
przy ulicy Okopowej nr 59. E. Drozdowska słyszała z ukrycia słowa niemieckich
kierowców informujących się, że już rozstrzelano 2.200 osób.
Warszawiak o nazwisku Kuran razem z Korzeniakiem słyszał serie, widział
płonące sągi drzewa przykryte warstwami ciał.
Przeraża relacja przesłuchiwanego po wojnie księdza Henryka Zaleskiego,
który przez wiele dni, razem z innym warszawiakiem o nieznanym mu nazwisku,
obserwował egzekucje ukryty w podstawie komina nieczynnej cegielni. Ofiarom
kazano kłaść się twarzami do ziemi, następnie zabijano je pojedynczymi strzałami.
Dziennie mordowano po około 150 osób, których zwłoki układano na sążniach drzewa
i palono. Ksiądz Zaleski słyszał któregoś dnia głos chłopca który prosił oprawców,
aby go nie palić tylko zakopać.
Egzekucje o podobnym przebiegu powtarzały się w dniach 26, 27 i 28 sierpnia
1943 roku. Rano 29 sierpnia odbyły się dwie takie zbiorowe egzekucje.
Z zeznań księdza Henryka Zaleskiego:
"Dnia 29 sierpnia przyjechali Niemcy zabrać słomę ze sterty, która
znajdowała się w odległości 15 metrów. Dobrze słyszeliśmy głosy rozmawiających
żołnierzy. Mówili po niemiecku, ale z akcentem mazurskim. Opowiadali sobie o
egzekucji, która odbyła się dnia poprzedniego, 28 sierpnia. Jeden z nich pytał
drugiego, czy będzie dzisiaj brać słomę, wówczas ten odpowiedział, że dopiero
jutro, bo dzisiaj mamy bardzo dużo Polaków do rozstrzelania".
Makabryczne są zeznania niemieckiego jeńca wojennego, kaprala (unterofiziera)
Willyego Fredila, przesłuchiwanego w listopadzie 1945 roku przez członków
polskiej grupy łącznikowej do Spraw Zbrodni Wojennych przy brytyjskiej Armii
Renu. Fredil służył w jednostce stacjonującej w Modlinie. Przez ostatnie
dni sierpnia i niemal przez cały wrzesień, prawie codziennie był wysyłany jako
kierowca samochodu do Warszawy, do oddziału roboczego, składającego się z kilku
Niemców i około 80 Turkmenów, do prac w garbarni Pfeiffera. Zeznawał:
"... Poszliśmy więc do drewnianego parkanu i sam widziałem, jak
wyprowadzeni cywile, sami bądź na rozkaz, bądź popychani siłą, układali się
na przygotowane stosy i zostali następnie rozstrzelani przez SS-mana z pistoletu
maszynowego, a później, kiedy stos był pełen rozstrzelanych, widziałem, jak
stosy ze zwłokami oblano płynem łatwopalnym i podpalono /.../. Zabitych nie
odciągano i następna partia musiała wchodzić na zwłoki lub była na nie wciągana.
I tak działo się dalej, dopóki cały stos nie został zapełniony i wszyscy przyprowadzeni
Polacy nie zostali rozstrzelani.
Widziałem około 9-10 warstw trupów tak ułożonych na stosie. Kobiety z
dziećmi były rozstrzeliwane razem z innymi. Według mego rozeznania, tych pięciu
SS-manów mordowało przeciętnie w ciągu dnia około 200 Polaków, tak, że w czasie
mojej pracy w garbarni zostało zamordowanych około pięciu tysięcy Polaków /.../.
Meldowałem o tym co widziałem feldfeblowi Weberowi i kapitanowi Kleberowi, dowódcy
mojej jednostki. Powiedziałem do kapitana Webera, że wstydzę się nosić mundur
niemiecki, na co kapitan powiedział, że on nie rozumie, kto wydaje rozkazy dokonywania
tych mordów".
Jakie są szanse, że te makabryczne opisy zbrodni niemieckich na mieszkańcach
stolicy w KL Warschau dotrą do wiedzy i sumienia rządzacej w Polsce frakcji
proniemieckiej, a także do Eriki Steinbach, do kanclerz Anieli Merkel,
która przed wyborami partyjnymi w Niemczech i wyborami parlamentarnymi w Polsce,
poświęciła swój czas na przyjazd do Polski, aby na oczach milionów telewidzów
poklepywać po ramieniu Donalda Tuska?
Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych Polski, poplecznik spraw
zagranicznych USA i Izraela, zapewne przyszły prezydent Polski, dystansując
się od neohitlerowskiej prowokatorki Eriki Steinbach powiedział w "Telawizji":
"Pani Steinbach przyjechała do Polski z Hitlerem i wyjechała z Polski
z Hitlerem". I to było wszystko, na co było stać ministra spraw
zagranicznych pokojowo podbijanej Polski.
Gdyby nawet liderzy PO przeczytali te opisy rzezi w KL Warschau, to nic z tego
nie wyniknie dla promocji tego fenomenu, jakim było ukrywanie samego istnienia
obozu zagłady w stolicy Polski przez 60 lat. Minister Sikorski, dawniej w rydwanie
Prawa i Sprawiedliwości, czyli zawsze z aktualnie rządzącymi, niezależnie
od swej aktualnej afiliacji polityczno-partyjnej, był, jest i pozostanie emisariuszem
wyznawców religii Złotego Cielca. Nie miejmy złudzeń co do tego, że on i cała
ta, pożal się Boże, "Platforma Obywatelska" sprzeciwi się propagandzie
roszczeniowej neohitlerowców i będzie popierać reanimację prawdy o niemieckim
ludobójstwie w KL Warschau.
W tym wątku warto zatrzymać się przy innym Sikorskim, tym prawdziwym generale
Władysławie Sikorskim. Tak zwana "ekshumacja" czyli podniesienie
sarkofagu Generała na Wawelu jest dalszym ciągiem kłamstw w sprawie zbrodni
na Generale. Komisja ekshumacyjna posłusznie potwierdziła wersję rzekomej katastrofy
Liberatora w Gibraltarze, bo czaszka generała Sikorskiego była uszkodzona w
części czołowej, a kości nóg rzekomo połamane.
Tym fałszerzom zadał niszczycielski cios samolot Boeing, który nie tak
dawno wodował na rzece Huston z ponad 150 pasażerami na pokładzie. Nikt nie
zginął, tylko jedną osobę wyniesiono, wszyscy pozostali wyszli z samolotu o
własnych siłach. Tymczasem Liberator Generała wodował w identyczny sposób
i lżejszy w swej masie, wiozący zaledwie kilkanaście osób, do końca precyzyjnie
pilotowany rzekomo przez Prchala, syna przedwojennego ministra obrony
Czechosłowacji. Wodował w identyczny sposób, co udowodnili naukowcy z Politechniki
Warszawskiej na podstawie symulacji komputerowej i podobnie jak Boeing na wodach
Huston, utrzymywał się na powierzchni kilkanaście minut.
Wodowanie Liberatora dokładnie widział w bezchmurny wieczór aliancki obserwator
ze skały gibraltarskiej, co opisałem w książce "Retinger mason i agent
syjonizmu". Tymczasem jedenastu młodych oficerów, wśród których generał
Sikorski był najstarszy wiekiem, wraz z jego córką zginęło, rzekomo od uderzenia
samolotu o wodę, a Polacy do dziś muszą wierzyć w te brednie.
A co z prawdą o mordzie na Żydach w Jedwabnem?. To przecież monstrualna zbrodnia
popełniona na prawdzie historycznej przez polskojęzycznego nikczemnika o nazwisku
Gross, przy zgodnej z nim współpracy dwóch kolejnych prezydentów - Kwaśniewskiego
i Lecha Kaczyńskiego, niegdyś biesiadników Okrągłego Stołu i zmowy w
Magdalence. Lech Kaczyński jako Prokurator Generalny na rozkaz światowego kahału
nakazał przerwanie ekshumacji w Jedwabnem, tym samym niejako zabetonował prawdę
o liczbie zamordowanych Żydów.
Prowadzący tę pseudoekshumację profesor Andrzej Kola oszacował, że mogiła
mogła mieścić od 250 do 400 ofiar, przy czym liczbę trzystu, profesor Kola przyjął
jako najbliższą prawdy. Tymczasem kabaliści spod znaku Złotego Cielca zadekretowali
liczbę 1600 ofiar i tak ma pozostać na wieki wieków, podobnie jak ma pozostać
rzekome sześć milionów, ofiar tak zwanego "holokaustu". Dochodzenie
do prawdy o holokauście jest karalne w majestacie prawa międzynarodowego. Bo
przecież Chaim Weizmann, późniejszy pierwszy premier Izraela, już w 1936
roku oznajmił na zjeździe syjonistów, że "sześć milionów żydowskich
ofiar musi użyźnić glebę pod przyszłe państwo Izrael".
Skąd on znał tę liczbę, na cztery lata przed wybuchem wojny? Skąd on wiedział,
że Żydzi będą mordowani przez Niemców na taką ludobójczą skalę?
A co z prawdą o tzw. "pogromach" w Rzeszowie, Kielcach, Krakowie?
Były to zbrodnicze prowokacje żydowskiego NKWD i żydowskiego Urzędu Bezpieczeństwa,
których celem było wypędzenie możliwie największej liczby Żydów do powstającego
Izraela, a przy okazji oskarżenie Armii Krajowej o zbrodnie na Żydach. Wyszła
właśnie książka o rzeszowskiej prowokacji i rzekomym "pogromie", zapoczątkowanym
przez bestialski rytualny mord na dziewięcioletniej dziewczynce, co przedtem
opisało już lokalne pismo rzeszowskie. W Kielcach, syn łotra z Informacji Wojskowej
- Włodzimierz Cimoszewicz oskarżał Polaków o tę zbrodnię na Żydach, a
prowokacja żydowskiego NKWD i UB w Krakowie rozpętała nagonkę na AK i Kościół
katolicki.
Tak oto prawda o zbrodniach ludobójstwa zawsze pozostaje pierwsza ofiarą totalitaryzmów.
Dlatego dziś prawda o KL Warschau nadal nie może przebić się do wiedzy setek
milionów Europejczyków, zapędzonych do gigantycznego kierdla pod nazwą Unii
Europejskiej.
Z tych samych powodów nie jest możliwe ustalenie dokładniejszej liczby ofiar
KL Warschau. Mówimy o 200.000, ale przeróżne Kopki będą domagać się dowodów
na tę liczbę, bo wiedzą, że nikt takich dowodów nie posiada. Są one jedynie
szacunkowe i takimi pozostaną. Tak właśnie jest, że dowody masowych zbrodni
są najbardziej strzeżoną tajemnicą każdego ludobójczego totalitaryzmu, od żydobolszewii,
poprzez niemiecki hitleryzm aż po reżimu Pol Pota.
W Bolszewii miliony ludzi znikały bez śladu, a błagalne listy rodzin były kwitowane
milczeniem lub kłamstwami. Podobnie było ze zbrodniami niemieckimi, nie inaczej
ze zbrodniami w powojennej Polsce. W 1994 roku wydałem liczący 2.800 nazwisk
spis ofiar powojennego ludobójstwa na Polakach pod tytułem "Straceni
w polskich więzieniach 1944-1956". Po ukazaniu się tego martyrologium,
sędzia Bogusław Niezieński przesłał mi jeszcze ponad 180 takich tragicznych
biogramów. Potem przez szereg lat otrzymywałem listy i telefony z podziękowaniami
od rodzin pomordowanych, które z tej książki dowiadywały się o losie swych bliskich,
po raz pierwszy od ponad 50 lat. Jeszcze więcej było listów i telefonów od tych,
którzy nadal nic nie wiedzieli o swych bliskich, nie zamieszczonych w tej pracy.
System anonimowego ludobójstwa bez liczb, bez dowodów, do perfekcji opanowali
Niemcy spod znaku swastyki. Już przd wojną przyjęli ustawę pod nazwą "Noc
i mgła" - "Nacht und Nebel", po wojnie uznaną przez Trybunał
Norymberski za element pogromu ludobójstwa. Tamto "Nacht und Nebel"
posiada w języku polskim skończenie trafny odpowiednik w porzekadle "Kamień
w wodę". Program "Nacht und Nebel" miał dwa główne cele:
- Polacy aresztowani według list dawno przygotowanych przez V kolumnę lub upolowani
w łapankach ulicznych czy obławach w terenie, wywożeni byli w niewiadomym kierunku
dokładnie tak samo, jak to praktykował starszy brat tego systemu, czyli żydobolszewizm
sowiecki tak w Polsce czasów wojny, jak i w czasach powojennych.
- Drugą podstawową cechą "Nacht und Nebel" był zakaz udzielania rodzinom
informacji o setkach tysięcy ludzi, które przepadły bez śladu lub aresztowanych.
Zakaz rygorystycznie przestrzegały urzędy administracji niemieckiej w Niemczech
i w okupowanej Polsce. System niemieckiej eksterminacji spod znaku "Nacht
und Nebel" opisał Franciszek Ryszka w książce pt. "Noc i
mgła" wydanej w 1966 roku, czyli 43 lata wstecz, co dla obecnych pięćdziesięciolatków
jest już prehistorią.
Ludobójcy osiągali przez "Nacht und Nebel" dwa cele - mordowali miliony
osób poza wszelką statystyką, czego jednym z przykładów było Auschwitz, a ponadto
niewiedza i nadzieja rodzin odbierały im chęć oporu, aby ewentualnie nie zaszkodzić
aresztowanym. Bezliczbowym masakrom służyły takie rzezie, jak KL Warschau. Z
przytoczonej relacji kaprala niemieckiego wynika, że w okresie jego autopsji
tylko w jednym miejscu rozstrzelano szacunkowo około 5500 osób, ale nie było
to przecież jedyne miejsce i jedyny sposób uśmiercania, bo Niemcy stosowali
do tego gaz, o którym teraz toczy się istny bój pod tytułem: był gaz czy go
nie było w KL Warschau. Gdyby nie przypadkowi świadkowie, jak tamte osoby ukryte
w zaroślach czy kominie cegielni albo niemiecki kapral, to o takich egzekucjach,
o paleniu na stosach, o dziennym "przerobie" choćby w tym tylko ustalonym
miejscu, nie wiedzielibyśmy dosłownie nic.
W tytule mojego wystąpienia jest wątek negowania samego istnienia KL Warschau
w kontekście aktualnej niemieckiej polityki roszczeniowej i polityki zamienienia
Polaków w katów, a katów w ofiary polskich prześladowań. Odkrycie istnienia
KL Warschau jako obozu, przy czym nie obozu koncentracyjnego, tylko obozu natychmiastowej
zagłady, niesie niezwykle ważne dla nas implikacje prawne, historyczne, moralne
i propagandowe. To cios w niemiecki współczesny "Drang nach Osten"
i musimy o tym ciosie stale pamiętać w kontekście kłód rzucanych nam pod nogi.
Oficjalne uznanie KL Warschau jako obozu zagłady przez władze jeszcze jako
tako polskie, wiedza o KL Warschau odpowiednio nagłośniona, ponownie otworzy
bramy piekła zgotowanego narodowi polskiemu przez naród panów, obecnie jakby
chwilowo zepchnięty na drugi plan przez inny naród panów świata, ale ostrzegam
i podkreślam - zepchnięty tylko przejściowo. To zaś będzie studzić agresję potomków
tamtych panów Europy. Wymienione tu okoliczności stanowią rdzeń zaciekłego oporu
przeciwko reanimacji pamięci o KL Warschau, zarazem ujawniają już teraz, które
partie, jakie postaci życia politycznego w ponownie ujarzmianej Polsce są agentami
wpływu niemieckiego rewanżyzmu, w którym roszczenia materialne stanowią tylko
jeden klocek tej ponurej układanki. KL Warschau staje się nowym kłopotliwym
wrzodem na ciele narodu panów, zarazem stawia w niezwykle kłopotliwej sytuacji
rządzący Polską klan niemieckich interesów.
KL Warschau będzie miał za swojego wroga tak potężnego sprzymierzeńca niemieckiego
rewanżyzmu, jakim jest masoński Zakon Rycerzy Maltańskich. Zanim zatrzymamy
się przy niemieckich Rycerzach Maltańskich, prześledźmy znakomitości europejskie
i światowe w ostatnim półwieczu, które były lub są członkami Zakonu Rycerzy
Maltańskich. Byli wśród rycerzy maltańskich tacy politycy jak Francesco Cossiga,
Andreotti, Fanfanii, John Volpe (ambasador USA), Simpson
(były sekretarz skarbu USA). Są lub byli członkami Zakonu Maltańskiego przemysłowcy:
Gianni Angelli (Fiat), zarazem członek Komisji Trójstronnej i
Bilderberg Group, Lee Iacocca (koncern Chrysler), Peter
Grace (ropa, statki), brazylijski miliarder Dino Samaja. Idąc śladem
członków Zakonu Kawalerów Maltańskich dochodzimy do czołowych agend Rządu
Światowego, jak wspomniana Komisja Trójstronna i Bilderberg Group, amerykańska
Rada Polityki Zagranicznej, zakon "Czaszka i Piszczele"
("Skull and Bones"), o którym pisałem szeroko w książce "Lichwa
rak ludzkości".
Jednoznaczną masońską pieczęcią na Zakonie Kawalerów Maltańskich jest członkostwo
słynnego masona francuskiego Yves'a Marsaudon, wolnomularza najwyższego,
33 stopnia wtajemniczenia rytu szkockiego, przyjaciela Jana XXIII. Papieże
są bowiem obligatoryjnymi zwierzchnikami tej światowej loży, z wyłączeniem papieża
Piusa XII, który odmówił zwierzchnictwa nad tym kryptokatolickim bractwem.
Był członkiem tego "zakonu" słynny lider masońskiej loży "P-2"
Lucio Gelli, jest członkiem "zakonu" maltańczyków Henry
Kissinger, członek wszystkich decyzyjnych agend Rządu Światowego, jest Aleksander
Haig. W Polsce maltańczykom przewodzi kardynał Józef Glemp. Maltańczykiem
jest abp Gądecki, jest nim również Jan Olszewski, były premier.
Spieszę wyjaśnić, dlaczego wspominam o maltańczykach w kontekście KL Warschau,
w związku z niemieckim rewanżyzmem. Z książki Jana Marszałka "Germanizacja
powiatu bartoszyckiego na przełomie XX i XXI wieku" dowiadujemy się,
że Niemiecki Rycerski Zakon Joannitów, inaczej zwany Zakonem Kawalerów
Maltańskich, wybrał na swojego Wielkiego Mistrza rycerza Hansa Petera von
Kirchbacha. Pięć lat później ponownie wybrano von Kirchbacha na Wielkiego
Mistrza, co dowodzi jego rangi nie tylko wśród niemieckich maltańczyków. Kirchbach
to czołowy niemiecki strateg wojskowy, który w latach 1990-2000 był dowódcą
dywizji pancernej, potem Generalnym Inspektorem Bundeswehry i wspólnie
z grupą niemieckich i NATO-wskich sztabowców przygotowywał zbrodniczy najazd
na Jugosławię. Rozbili ją z powietrza głównie siłami lotnictwa amerykańskiego,
bez inwazji lądowej, z wybitnym sztabowym udziałem "Herr" rycerza
szpitalnika - joannity generała von Kirchbacha.
Ten amerykańsko-NATO-wski najazd na Jugosławię, duplikat inwazji niemieckiej
na Polskę w 1939 roku, dobiegł zwycięskiego dla nich końca w 1999 roku w czasie,
kiedy generał von Kirchbach pełnił funkcję Generalnego Inspektora Bundeswehry,
a więc w czasie, kiedy Jan Paweł II, zwierzchnik Zakonu Maltańskiego
był jeszcze sprawny intelektualnie i fizycznie i powinien był - tak mi się przynajmniej
wydaje, z pewnością naiwnie - wezwać rycerza von Kirchbacha "na dywanik"
i zapytać go, co ma wspólnego misja szpitalników maltańskich z inwazją na Jugoslawię.
W innej książce Jana Marszałka: "Germańska Polska XX wieku"
widzimy fotografie rycerza von Kirchbacha w mundurze wojskowym, do połowy ukrytego
za workami z piaskiem podczas bestialskich bombardowań Jugosławii. Autor wymienia
jeszcze innych czcigodnych "szpitalników" maltańskich z Niemiec, zastępcę
generała von Kirchbacha - Chrystiana von Basewitza, wtedy dyrektora niemieckojęzycznego
banku Hamburg das Düsseldorfer, podległego koncernowi Oetker.
Jeszcze inny członek sztabu tegoż Niemieckiego Rycerskiego Zakonu Joannitów
to Rafał Plettke. Kolejny z nich to Rainer Lensing. W tym arcyrycerskim
gronie wymienić należy także Wilhelma von Gottberga. Tenże Gottberg okazuje
się być czołowym niemieckim rewizjonistą, wiceprezesem partii BDV oraz
działaczem partii CDU.
Tak oto niemieccy joannici są sztafetowo rozstawieni we wszystkich głównych
partiach niemieckich, także w rządzie, armii, bankach, przedsiębiorstwach.
Te ich koneksje wyjątkowo ponuro rokują dla przyszłości Polski znajdującej
się w stalowym uścisku pogrobowców hitleryzmu. Joannici niemieccy założyli kilka
tzw. komturii joannickich na terenie tak zwanego województwa warmińsko-mazurskiego.
Jest to jawna agentura niemieckiego "Drang nach osten". Działa
tam jako organizacja pozarządowa, w dodatku z błogosławieństwem Jana Pawła II,
a obecnie Benedykta XVI, nie zachodzi więc formalny przypadek jawnego
naruszenia Umowy Poczdamskiej. Tym sposobem neohitlerowcy odzyskują przedwojenne
tereny zniewolonej obecnie Polski bez jednego wystrzału, skuteczniej niż za
pomocą dywizji pancernych, wspólnymi siłami niemiecko-języcznej finansjery,
niemieckiej generalicji, niemieckiego przemysłu wojennego, niemieckich partii
politycznych i - w istocie niemieckiego - NATO.
Zatrzymajmy się jeszcze przy innych dziedzinach oficjalnego posłannictwa Rycerzy
Maltańskich. To tzw. Rada Wojskowa Rycerzy Maltańskich: półtajna, arcywpływowa
organizacja wojskowa bezpośrednio zespolona z Watykanem, zamaskowana działalnością
charytatywną wzorem wszystkich innych obiediencji masońskich. Wielkim Mistrzem
owej Rady Wojskowej Rycerzy Maltańskich był, a może jeszcze jest rycerz - kawaler
Andrew Berti. W języku angielskim nazwa tej Rady ma skrót SMOM.
Powstała ona ponoć jeszcze przed Zakonem Krzyżackim, który dał nam, Polakom
dawnych wieków, ostre cięgi przerwane dopiero pod Grunwaldem.
SMOM posiada bezpośrednie, zażyłe powiązania towarzyskie z monarchami europejskimi,
bogatymi rodami arystokratycznymi. Utrzymuje stałe kontakty towarzysko-zakonne
z CIA, o czym pisał w swojej książce J. Sozański: "Tajemnice
Zakonu Maltańskiego", wydanej w 1993 roku w Warszawie. Cytowana przez
Sozańskiego amerykańska autorka Betty Mills ustaliła, że w latach 30.
ubiegłego wieku braciszkowie z amerykańskiej filii SMOM uknuli spisek zmierzający
do siłowego zawładnięcia Białym Domem. Miał w tym zamachu stanu uczestniczyć
maltańczyk John Rascob. W ramach przygotowań do zamachu, amerykański
rycerz S. Butler miał dowodzić tym puczem, a głównie tą jego częścią, której
zadaniem miało być zacieranie dowodów zamachu w wykonaniu SMOM.
Zamach nie doszedł do skutku, bo jak wyjaśniła Betty Mills, generał Butler
zdradził spiskowców. Wspomniany Rascob to jeden z kilkunastu założycieli amerykańskiej
filii SMOM, zarazem prezes ówczesnego General Motors. Kongres prowadził
w tej sprawie specjalne dochodzenie, ale rycerz Rascob nawet nie został wezwany
na przesłuchanie. Dodam już od siebie, że tamten spisek miał szanse uczynić
z Ameryki coś innego niż jest ona obecnie, nie tak ludobójczego potwora, toteż
niepowodzenie puczu traktuję z pewnym ubolewaniem. W każdym razie gorzej by
nie było, niż jest.
Wróćmy na grunt Polski... W książce "Konspirację czas zaczynać?"
odtworzyłem dyskusję na posiedzeniu sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych,
odbytą 14 listopada 2003 roku, nad projektem uchwały o konieczności wyciśnięcia
od Niemców reparacji wojennych. Dyskusja zamieniła się w zajadłą pyskówkę proniemieckich
sługusów ze zwolennikami odszkodowań. Głównym harcownikiem przeciwko reparacjom
był wtedy poseł Bogdan Klich. Interesów Polski bronili posłowie Antoni
Macierewicz i Jerzy Czerwiński z Ruchu Katolicko-Narodowego,
poseł Marian Piłka z Prawa i Sprawiedliwości, profesor Maciej
Giertych i Janusz Dobrosz z LPR, Antoni Stryjewski
z RK-N i Jan Łopuszański z ówczesnego Porozumienia Polskiego.
Piątą kolumnę reprezentował ponadto Aleksander Małachowski, a także M.
Curyło z Samoobrony.
M. Curyło okazał się szczególnie służalczy. Cytuję:
"Nie jest dziś rozsądne mówienie o roszczeniach dla Niemiec bo
świat się bardzo zmienił w ostatnim roku /.../, bo dyplomacja potrzebuje dziś
mądrych, odpowiednich i wyważonych polityków, a nie jątrzenia. Jątrzeniem doprowadzimy
do tego, że będziemy otoczeni nieprzyjaznymi sąsiadami /.../. My będziemy mieć
żal do Niemców, a Niemcy do nas. Mówimy o wypędzeniu Niemców, a gdzie wypędzenia
Żydów, pogrom kielecki, pogrom krakowski?. W pełni popieram posła Klicha, bo
trzeba z żywymi naprzód iść".
Bogdan Klich podobnie prawił o potrzebie dobrosąsiedzkich stosunków z Niemcami,
ale spacyfikowali jego brednie posłowie Antoni Macierewicz, Janusz Dobrosz i
Marian Piłka. Ten ostatni stwierdził:
"Obecnie każda obrona polskiego interesu narodowego w stosunkach
z Niemcami, jest "podgrzewaniem temperatury" /.../. Obecnie badania
opinii publicznej pokazują, iż Niemcy, według wielu Polaków, tak samo cierpieli
w czasie drugiej wojny światowej, jak Polacy".
Rozsierdzony Bogdan Klich wystrzelił z impertynencjami przeciwko posłowi Stryjewskiemu:
"Panie pośle Stryjewski, zgadzam się z jednym stwierdzeniem, które
pan wypowiedział, że część elit politycznych w Polsce jest chora, a na co, to
panu powiem prywatnie, jak się pan do mnie zgłosi jako do byłego lekarza psychiatrii..."
I ostatni, delikatny wątek na linii KL Warschau - Instytut Pamięci Narodowej.
Bez życzliwości IPN niewiele wskóramy. Na szczęście taką życzliwość okazuje
nam prezes Janusz Kurtyka, a w odwołanej poprzedniej sesji miał uczestniczyć
dr Jan Żaryn. Niestety, odwołany ze swojej funkcji w IPN.
Kiedy na pierwsze, odwołane przez dyrekcję Muzeum Powstania Warszawskiego,
posiedzenie przygotowałem swoje wystąpienie, jego kopię wysłałem panu prezesowi
Januszowi Kurtyce. Odpowiedział mi z podziękowaniem za moje ustalenia na temat
KL Warschau, głównie za przedstawione dziś relacje świadków egzekucji, odnalezione
w Biuletynach GKBZH. Było więc życzliwie i po polsku.
Teraz to się może radykalnie zmienić, jeżeli zabraknie także prezesa Janusza
Kurtyki. Piszę te słowa w połowie kwietnia br., nie znając ostatecznych rezultatów
personalnych burz wokół IPN, wywołanych przez triadę: prezes Lasota z
IPN krakowskiego, mgr Paweł Zyzak i promotor jego pracy magisterskiej
o gdańskim Nikodemie Dyźmie - profesor Andrzej Nowak.
Książka Pawła Zyzaka była w istocie prowokacją przeciwko Instytutowi Pamięci
Narodowej. To, czy Wałęsa nasikał czy nie nasikał w młodości do kropielnicy,
nie ma tu żadnego znaczenia, tam chodziło o nasikanie na IPN, o "odbicie"
IPN z rąk "pisowców" przez "platformersów". Prezes Lasota
rzekomo nie wiedział, co smaży jego młody pracownik, czyli potężną cegłę o Wałęsie,
co wyczerpuje treść sympatycznego kalamburu Leca czy też Sztaudyngera:
"O czym mędrzec nie wiedział?. Że ma na siedzeniu przedział!".
PO zażądało głów albo rozwalenia IPN. A może odświeżyć infrastrukturę KL Warschau?
Byłoby to wzorowym "ostatecznym rozwiązaniem" dylematu pod nazwa
KL Warschau
Henryk
Pająk
Lublin
(09.05.2009)
P.S.
Referat został napisany na propozycję organizatorów sesji naukowej poświęconej
KL Warschau, ale dziwnym trafem nie znalazł ich uznania.
H.P.
|