|
2009-06-03
Wystarczająco często i wystarczająco jednoznacznie wyrażałem swój stosunek
do kołchozu zwanego Unią Europejską, potwierdzając swoje przekonanie
zarówno publikacjami (patrz: linki pod tekstem), jak i udokumentowanymi czynami
(głos na "NIE" w referendum z 2003 roku, absencja w głosowaniu do
PE z 2004 roku), aby ktokolwiek mógł sądzić, iż w najbliższą niedzielę, 7 czerwca
2009 dam się otumanić zmasowanej propagandzie i do urny jednak pójdę. Skoro
do zmiany postawy w tym względzie nie przekonał mnie nawet charyzmatyczny i
wpływowy JP II (jego słynne "Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej"),
to tym bardziej nie uczyni tego żydokomunistyczna hołota udająca polskich polityków,
żydowskie przechrzty udający pasterzy Kościoła rzymsko-katolickiego oraz cała
rzesza użytecznych idiotów, których mózgi skutecznie obrzezały koszerne media.
Zwłaszcza, że w ostatnich pięciu latach argumentów wzmacniających moje przekonanie
przybyło aż nadto, a żywa wciąż świadomość, iż przyzwolenie na unijny anschluss
dało tylko 45 proc. uprawnionych obywateli RP też jest nie bez znaczenia. Pozostałe
55 proc. ludzi niezdecydowanych, obojętnych bądź jednoznacznie przeciwnych może
bowiem przypomnieć sobie, że oni tej bolszewii nie wybierali.
Nie podejmowałbym zatem tego tematu, gdyby nie przybierające na sile rozterki
wielu moich znajomych w kwestii "iść czy nie iść?", a nawet
próby nacisku, abym i ja zmienił swoje zdanie. Za koronny argument służy tutaj
prowyborcza agitacja mediów ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka (zwłaszcza
"Radia Maryja") oraz przystąpienie do walki o brukselskie mandaty
partii "Libertas" grupującej jakoby unijnych sceptyków i polskich
patriotów.
Zacznijmy od wątku radiomaryjnego. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej
wątpliwości, że w ostatnich kilku latach T. Rydzyk zdecydowanie postawił na
lansowanie PiS, w którym zażydzenie struktur najważniejszych bo kierowniczych
(i to już od poziomu gminy) dorównuje niegdysiejszej Unii Wolności. Michał
Kamiński, Jacek Kurski, Adam Bielan czy Richard Czarnecki
w roli europosłów dbających o interesy Polaków są dla mnie równie wiarygodni,
jak obaj Kaczyńscy w roli kontynuatorów myśli narodowej Romana Dmowskiego.
Z "Libertasem" jest jeszcze gorzej, Stawianie w zabiegach o ochronę
polskich interesów na twór jawnie internacjonalistyczny cuchnie jeśli nie Targowicą,
to przynajmniej wyjątkową głupotą zwolenników takiego rozwiązania. Przypominam
ostre i całkowicie uzasadnione reakcje na tzw. pożyczkę moskiewską udzieloną
aparatczykom z ówczesnej SdRP (L. Miller, M. F. Rakowski
i spółka). W wypadku "Libertasu" mamy dodatkowo do czynienia z organizacyjną
poległością ośrodkowi zagranicznemu. Trudno o danie lepszego argumentu "Gazecie
Wyborczej" i jej popłuczynom w walce ze środowiskami narodowymi.
Nie od rzeczy będzie tutaj przypomnieć, że stojący na czele "Libertasu"
Declan Ganley - podobnie jak zapraszany i sowicie opłacany przez niego
kabotyn o personaliach Lech Wałęsa - jest także zdeklarowanym zwolennikiem
Unii Europejskiej z jedną władzą i jedną walutą. Natomiast "wartościami
chrześcijańskimi", które stanowią wyróżnik polskich kandydatów "Libertasu"
wycierają sobie teraz gębę wszyscy, katalogowych parchów nie wyłączając. Ot,
takie popuszczenie smyczy (na użytek wyborów w RP) przez biznesmena, zajmującego
się m.in. dostarczaniem systemów telekomunikacyjnych dla... armii USA, kontrolowanej
przez Żydów nie gorzej niż synagogi w Tel-Awiwie. Dorzućmy do tej układanki
klocek w postaci ojca chrzestnego polskich struktur "Libertasu", czyli
Romana Giertycha, wielokrotnie dającego dowód swojego zrozumienia dla
celów "starszych braci w wierze" (może mamusia z zupełnie innej gliny
niż ojciec?), a otrzymamy ponury obraz towarzystwa pretendującego do reprezentowania
Polaków w PE z pozycji narodowych.
O Marku Jurku, konkurencyjnym dla ludzi Giertycha kandydacie z "polskiej
i chrześcijańskiej" - a jakże! - opcji lepiej nie mówić. Wystarczy tylko
przypomnieć jego marszałkowskie życzenia z okazji... żydowskich świąt, wygłoszone
w Sejmie RP. Kwestią otwartą pozostaje jedynie pytanie: Żyd to (np. z chazarskiego
miotu), czy raczej wyjątkowo spolegliwy szabas-goj?
Ten, kogo nie przekonuje plemienny i ideowy rodowód czołowych kandydatów
na europosłów, niech raczy przemyśleć faktyczną rolę parlamentu w unijnym kołchozie
oraz statystyczne szanse wpływu reprezentantów RP na prace tego gremium.
Pierwsza sprowadza się praktycznie do przyklepywania i legitymizowania decyzji
podejmowanych przez unijnych komisarzy, nie podlegających - co podkreślam -
jakimkolwiek demokratycznym procedurom wyboru. Tym sposobem parlamentarzyści
pełnią jedynie rolę politycznych EU-nuchów, sterowanych dodatkowo przez takie
indywidua jak niemiecki Żyd Martin Schulz (to jemu włoski premier Sylvio
Berlusconi proponował rolę kapo w filmie) - szef najbardziej wpływowej,
bo komunistycznej frakcji w PE.
Co do szans statystycznych... Nawet gdybyśmy wybrali WSZYSTKICH - przyjmijmy
wariant zupełnie nierealny - polskich europosłów na nasze, narodowe i katolickie,
podobieństwo, to i tak będą oni stanowić niespełna 7 (słownie: siedem!) procent
pośród 738 EU-nuchów. Co może zdziałać taka garstka? NIC! Co może natomiast
zrobić z taką garstką żydokomunistyczna większość parlamentarna? Praktycznie
wszystko, ale przede wszystkim uczynić obiektem drwin (przy znaczącym współudziale
zażydzonych mediów trzymających w zanadrzu epitety sugerujące: antysemityzm,
rasizm, ksenofobię, homofobię itd.), a z drugiej strony - traktować jako koronny
dowód na akceptację przez Polaków (wszak sami poszliście do urn!) UE i jej "demokratycznych"
standardów.
W internecie krąży sporo apeli o zbojkotowanie niedzielnych wyborów. Autorem
najbardziej rozsądnego, jaki udało mi się wyszukać (potwierdzającego przy okazji,
że nie jestem osamotniony w swojej decyzji i towarzyszących jej przemyśleniach)
jest Józef Bizoń z miejscowości Boguchwała pod Rzeszowem. Cytuję najistotniejsze
fragmenty:
"... Uczestnicząc w wyborach do PE:
a) automatycznie tym samym uznajesz narzucony podstępnie obcy i niebezpieczny
dla Polski i Narodu Polskiego twór - UE.
b) uczestniczysz w przeniesieniu w ogólnej świadomości społecznej centrum
władzy z Warszawy (stolicy RP) do Brukseli (stolicy eurokołchozu) i faktycznie
uznajesz władzę brukselskich władców na Polską i Narodem Polskim - dla których
PE jest tylko listkiem figowym.
c) dajesz dowód tego, że ostatecznie akceptujesz podstępne oszukańcze
działanie towarzyszące wpychaniu Polski i Narodu Polskiego pod but Brukseli...
d) utwierdzasz w bezkarności wszystkich tych, którzy doprowadzili swym
działaniem do ruiny Państwo Polskie i Naród Polski.
e) wyznajesz teorię mniejszego zła (tak krawiec kraje, jak materiału
staje) zamiast stosowania kryteriów: prawdy i fałszu, dobra i zła. Chcesz leczyć
śmiertelny wrzód na ciele metodą jego ugłaskiwania, wprowadzania do jego wnętrza
pojedynczych, zdrowych komórek.
f) dajesz dowód tego, że brak u ciebie wiary i tego ognia, które są konieczne
dla odbudowy i utrzymania niepodległego i suwerennego Państwa Polskiego - że
się poddałeś, że ostatecznie masz już mentalność niewolnika, że można cię błyskotkami
łudzić.
2. Trzeba też wiedzieć o istnieniu funkcjonującej z bardzo dobrym skutkiem
zasadzie: wystarczy, że był, że złożył swój podpis - resztę tak czy siak się
dorobi. Idąc do wyborów, biorąc kartę do głosowania, podpisując listę, dajesz
frekwencję wyborczą, którą propaganda dniem i nocą będzie rozdmuchiwać i interpretować
na wszelkie wygodne im sposoby...
Pozostanie w domu, to najpewniejszy sposób na bojkot wyborów. Na każdą
władzę pada blady strach, gdy rządzony przez nią naród odmawia jej posłuchu
nie idąc do urn wyborczych...
Totalny bojkot tych wyborów do PE, to również jedyny sposób - w aktualnych
warunkach - wyrażenia bezwzględnego sprzeciwu Narodu Polskiego - wobec podstępnie
wprowadzanego Traktatu Lizbońskiego (konstytucji dla superpaństwa UE)."
Dodajmy, że przy obecnej, dominującej pozycji Niemiec byłoby to superpaństwo
na miarę...IV Rzeszy Niemieckiej, podbijającej Europę nie militarnie
- jak to z kiepskim skutkiem robił Adolf Hitler - lecz ekonomicznie,
politycznie i prawnie. Zresztą, podbojów militarnych też nie można wykluczać.
Kara śmierci dla uczestników powstań, zawarowana w konstytucji eurokołchozu
plus niemieckie jednostki stacjonujące w pobliżu, a nawet na terytorium "niepodległej
i wolnej" RP zmuszają wręcz do zakładania wariantu najbardziej zbrodniczego,
znanego dobrze z września 1939.
Przy okazji - kandydaci do statusu EU-nucha ze środowisk jakoby katolicko-narodowych
(vide: Żyd Ryszard Bender z "Libertasu") chętnie sięgają do
przykładu Roberta Schumana, uchodzącego za chrześcijańskiego ojca-założyciela
UE i zainteresowanego jakoby "Europą ojczyzn". Tymczasem ów "ojciec"
był żydowskim przechrztą i masonem, posłusznie realizującym dyspozycje "braci
fartuszkowych" dążących do stworzenia ponadnarodowych struktur europejskich.
Do takiej roli wybrano go nieprzypadkowo. "Chrześcijanin" Schuman
funkcjonował bowiem m.in. jako minister w rządzie Vichy, utworzonym przez
marszałka Philippe Petaina (1856-1951), co znaczyło nic innego jak oczywistą
kolaborację z Hitlerem. Ów biograficzny "epizod" R. Schuman przypłacił
w powojennej Francji karą pozbawienia biernych praw wyborczych lecz z czasem
objęła go amnestia i mógł dalej - już bez przeszkód - wdrażać w życie ideę "wspólnej
Europy" pozostającej pod żydo-masońskim dyktatem.
Nasuwa się zasadne pytanie o kryteria pozwalające ocenić bojkot niedzielnych
wyborów do PE jako skuteczny i rzutujący na pogorszenie samopoczucia - czego,
oczywiście, nie okażą - brukselskich pachołków. Otóż, moim zdaniem, sukcesem
będzie każda frekwencja poniżej 45,3 proc. uprawnionych do głosowania, bo akurat
tylu obywateli RP (nie mylić z Polakami) optowało za przyspawaniem Polski do
unijnego kołchozu.
Pozornie jest to wynik łatwy do osiągnięcia lecz warto pamiętać, że w ostatnich
sześciu latach dzielących nas od unijnego referendum ubyło wielu ludzi starszych
przeciwnych UE, natomiast prawa wyborcze nabyły setki tysięcy nastolatków, ciągle
odurzonych nieskrępowanym prawem do uzyskania statusu koczownika i przemierzania
Europy w poszukiwaniu pracy, zwykle nisko płatnej i upadlającej. Naiwni, nawet
nie wiedzą, że w tym samym czasie koczownicy prawdziwi, bo plemienni zajmują
najbardziej intratne posady w ich ojczyźnie, często nie potrafiąc wykazać się
choćby poprawną polszczyzną.
Mimo wszystko, jestem optymistą i zakładam wariant z frekwencją poniżej
25 proc. Prognoza ryzykowna wprawdzie, zakładająca karygodny brak zdyscyplinowania
nawet w środowiskach mniejszości narodowych i innych (np. seksualnych) lecz
znam trochę przykładów świadczących, że wraz z pogorszeniem się w ostatnim pięcioleciu
sytuacji materialnej Polaków, po kieszeni dostały również "jemioły"
pasożytujące na efektach naszej pracy. Mogą zatem odreagować w sposób bezpieczny,
a przy tym nie zmuszający do wysiłku - "olewając" niedzielne wybory.
Nie przejmujmy się też zbytnio perspektywą obsadzenia wszystkich 50 mandatów
janczarami żydokomuny w rodzaju Siwca, Lewandowskiego, Buzka,
Hubner, Olejniczaka, Rosatiego, Thun, Senyszyn i im podobnych
- mniej lub bardziej zakamuflowanych - przybłędów ze wszystkich partii politycznych.
Oni dobrze wiedzą, że na brukselskich salonach są traktowani jak element najniższej
kategorii. Częściowo wynika to z faktu, że kadrowe zaplecze wschodnioeuropejskiej
żydokomuny tworzą głównie potomkowie prymitywnych Chazarów, częściowo
zaś ze świadomości prawdziwych namiestników UE, iż niespełna siedemdziesiąt
lat temu ich poprzednicy i ideowi przewodnicy zapraszali żydostwo z terenów
RP zupełnie gdzie indziej. Do gazu mianowicie...
Wysokie apanaże "polskim" EU-nuchom tego poczucia niższości raczej
nie zrekompensują. Zwłaszcza, że w Polsce też biedy nie klepią. Stąd tak wielkie
pragnienie, aby wykazać się wobec Brukseli przynajmniej znaczącym elektoratem
i osłabić tym samym własne, gminne kompleksy. A z czasem może i zyskać na kahalnym
prestiżu.
Nie ułatwiajmy im realizacji tego celu. Bojkot niedzielnych wyborów to nasza
wielka szansa i wyzwanie. Można by rzec: "Nigdy tak wiele nie wymagało
tak niewiele". Zostać w domu z dobrą książką, odwiedzić rodzinę i znajomych,
pójść na spacer, wyjechać w plener... A wszystko to z błogą świadomością, że
stawiając na takie spędzenie dnia wolnego od pracy, wymierzymy potężnego kopa
hochsztaplerom, którym wydaje się, że - używając słów jednego z PiS-owskich
koczowników - "ciemny lud wszystko kupi". Otóż, może nie kupić.
Warto spróbować i sprawić, że frekwencja zamknie się liczbą np. o połowę niższą
niż liczba tych, którzy sześć lat temu dali wiarę w unijne obietnice. Czyż nie
byłoby pięknie? Zwłaszcza, że walka o prawdziwie suwerenną i demokratyczną Polskę
jeszcze się nie skończyła.
Henryk Jezierski
P.S.
Nielicznym kandydatom na EU-nuchów, którzy podjęli decyzję walki o brukselski
stołek powodowani wyłącznie patriotycznymi przesłankami (choć, szczerze mówiąc,
nie jestem w stanie podać tu żadnych przykładów), proponuję, aby - w wypadku
niepowodzenia - zachowali swój kandydacki zapał i wykazali się we własnej
Ojczyźnie. Tu miejsc w Sejmie, sejmikach wojewódzkich oraz radach miast i gmin
jest nie 50 lecz kilkadziesiąt tysięcy, możliwości udowodnienia deklarowanych
atutów są przeogromne, a i szacunek do uzyskania we własnym środowisku daleko
większy niż to możliwe wśród internacjonalistycznego lewactwa, pedalstwa i sekciarstwa.
H. Jez.
Na ten sam temat:
"Jak rozpoznać euro-idiotę?" (sierpień 2004)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=363
"Kontr-agitacyjny przewodnik unijny" (maj 2004)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=360
"Bój to jest ich ostatni" (luty 2004)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=343
"Cud nad urną" (lipiec 2003)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=302
"Ofensywa kuglarzy" (kwiecień 2003)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=284
"Gułag od środka" (listopad 2002)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=242
"W górę serca!" (sierpień 2002)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=212
"Koryto w (roz)budowie" (maj 2002)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=196
"Kompleks przybłędy" (kwiecień 2002)
http://www.jezierski.pl/strona.htm?id=188
|