|
2010-02-05
W gronie swoich znajomych (nie mylić z przyjaciółmi) mam -
niestety - zarówno zwolenników PO, jak i PiS.
Początkowo ich zapiekłość we wzajemnym obrzucaniu się inwektywami oraz oskarżeniami
o działanie na szkodę Polski nawet mnie bawiła. Po pierwsze - miałem w pamięci
przedwyborcze deklaracje wielu z nich, że są zainteresowani wyłącznie koalicją
obydwu partii (określaną jako POPiS), co już czyniło podkreślane
różnice ideowe bardzo umownymi. Po drugie - byłem przekonany, że po początkowym
zauroczeniu Kaczyńskimi z jednej, a Tuskiem
z drugiej strony, przyjdzie czas na opamiętanie i chłodną analizę tego, czy
w ogóle jest coś, co naprawdę różni liderów oraz dowodzone przez nich partie
w podejściu do kluczowych interesów Polski i Polaków.
Po ponad dwóch latach od ostatnich wyborów parlamentarnych moje nadzieje
legły zupełnie w gruzach. Niczym nie osłabiona wierność zwolenników obydwu największych
partii oraz ich przekonanie o posiadaniu jedynie słusznej recepty na dobro Polski
i Polaków zdają się dowodzić, że mam do czynienia albo z mniej lub bardziej
zakamuflowanymi żydami (najczęściej zza Buga, pochodzenia chazarskiego), albo
z etnicznymi wprawdzie Polakami lecz o mózgach skutecznie obrzezanych przez
koszerne media.
Trudno inaczej wytłumaczyć emocjonalne zaangażowanie po stronie PO lub
PiS w mniej lub bardziej wyreżyserowanych konfliktach (vide: ostatnia "afera
hazardowa") przy jednoczesnym nie zauważaniu wyjątkowej zgodności obydwu
partii w systemowym niszczeniu Polski i narodu polskiego. Tym sposobem pióro,
które odmówiło posłuszeństwa prezydentowi RP, Lechowi Kaczyńskiemu podczas podpisywania
przez tegoż "patriotę" tzw. Traktatu Lizbońskiego -
ostatniego aktu utraty suwerenności Polski na rzecz unijnego kołchozu - nosi
w sobie (oczywiście, o ile nie zostało zniszczone) więcej zasług w walce o dobro
naszego kraju niż absolutna większość Polaków. Smutne, lecz prawdziwe.
A przecież pełna zgodność i współdziałanie nieformalnej koalicji PO oraz
PiS nie kończy się bynajmniej na samej akceptacji Traktatu Lizbońskiego, choć
to dla Polski akt najbardziej zabójczy, przysłowiowy gwóźdź do trumny. Proszę
sprawdzić, czy cokolwiek różni te partie np. w kwestii wysyłania polskiego mięsa
armatniego do Afganistanu, przyjęcia do strefy euro, wspierania żydowskich interesów
na Białorusi i Ukrainie, traktowania resztek polskiego haraczu odzyskiwanego
z brukselskiej kasy jako "dotacji unijnych" czy iście żydofilskiego
zaangażowania w walce z "antysemityzmem" (vide: propagandowy cyrk
ze skradzionym napisem nad bramą muzeum obozu Auschwitz-Birkenau lecz bez jakichkolwiek
konsekwencji dla jego szefa, Piotra Cywińskiego - notabene
katalogowego żyda i prominentnego działacza... Klubu Inteligencji Katolickiej).
Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
Przy takim, bezwzględnym przestrzeganiu zaleceń gminy żydowskiej (kahału)
co do priorytetów w walce o unicestwienie Polski i narodu polskiego, poszczególne
wsie (kibuce) mogą pozwolić sobie tylko na samodzielność w
kwestiach dla żydowskiej sprawy drugorzędnych, np. podziału synekur w instytucjach
państwowych i samorządowych Republiki Przybłędów, które to
określenie uważam za najwłaściwsze rozszerzenie skrótu RP.
Tym sposobem członkowie kibucu "piłsudy" (PiS) mogą
nie przebierać w środkach podczas szarpaniny z członkami kibucu "prusaki"
(PO). I vice versa. Wszak stawką są tutaj kolejne wygrane wybory, a wraz z nimi
dziesiątki tysięcy dobrze płatnych posadek. Nieprzypadkowo żyd Jacek
Kurski (kibuc "piłsudy") raczył stwierdzić, że "ciemny
lud wszystko kupi". Patrząc na skaczących sobie do oczu Kempę
i Wassermanna z jednej strony oraz Sekułę
i Neumanna z drugiej uwierzy, że żyje w kraju demokratycznym.
I z pełnym przekonaniem weźmie udział w kolejnych wyborach między "piłsudami"
i "prusakami".
Rabinacki zabieg z wysforowaniem - przy znaczącym udziale medialnych organów
żydokomuny - dwóch ostro rywalizujących kibuców na scenie politycznej Republiki
Przybłędów pozwala bowiem realizować nie tylko koncepcję odwrócenia uwagi gojów
od spraw dla nich najważniejszych (takich choćby jak wspomniany Traktat Lizboński)
ale także w mistrzowski sposób eliminuje z tejże sceny inne siły polityczne.
Pół biedy, gdyby rzecz kończyła się na zmarginalizowaniu kibuców grupujących
członków i sympatyków SLD oraz dawnej UW (tu
adekwatnymi byłyby określenia "sowiety" oraz "kagany"
od przybranych personaliów Lazara Kaganowicza, najbardziej
wpływowego choć praktycznie nieznanego żyda w historii ZSRR).
Ba, jestem gotów przejść do porządku dziennego nawet nad LPR,
którego "wysoki jak brzoza, głupi jak koza" przywódca, czyli Roman
Giertych dał się podpuścić i wyeliminować dwóm kurduplom - bliźniakom,
czyli J. i L. Kaczyńskim. Problem w tym, że propagandowe ograniczenie sceny
politycznej do PO i PiS sprowadza praktycznie do zera szanse wyborcze stowarzyszeń
lub partii o charakterze stricte narodowym.
A propos zaciętej jakoby walki PiS-owskich "piłsudów" z PO-owskimi
"prusakami" i to na szczeblu najwyższym bo wodzowskim... Wiosną 2008
roku Centrum Informacyjne Rządu przekazało dziennikarzom wiadomość
o spotkaniu prezydenta L. Kaczyńskiego z premierem D. Tuskiem w Juracie oraz
zaplanowanej bezpośrednio po nim konferencji prasowej. Podobnie jak inni, potwierdziłem
swoją akredytację. Niestety, konferencja została odwołana bez podania przyczyn.
Dopiero później okazało się, że obydwaj "śmiertelni wrogowie" nie
tylko dogadali się w kwestii ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego ale także opróżnili
parę butelek wina, co przekreśliło możliwość udzielania w miarę logicznych odpowiedzi
na pytania żurnalistów. W sejmowych i senackich kuluarach też jakoś nie dane
mi było się zauważyć wrogości między członkami PO i PiS, tak intensywnie serwowanej
- za pośrednictwem mediów - "ciemnemu ludowi". Kibuce wprawdzie
różne lecz kahał ten sam.
Henryk Jezierski
05.02.2010
P.S.
Już po opublikowaniu felietonu Pan M. K. z Niemiec (personalia
znane autorowi) podał link do strony http://mementomori.salon24.pl/
na której Michał Tyrpa, prezes Fundacji Paradis Judaeorum
publikuje dokumenty związane z próbą pozbawienia wspomnianego przeze mnie Piotra
Cywińskiego funkcji dyrektora Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Okazuje
się, że tenże funkcjonariusz państwowy, utrzymywany z naszych podatków, ma w
swoich dokonaniach także... sprzeciw wobec inicjatywy uhonorowania rotmistrza
Witolda Pileckiego wybiciem pamiątkowej monety. Ot, żydowska wdzięczność dla
polskiego bohatera.
H. Jez.
KOMENTARZE, POLEMIKI, UZUPEŁNIENIA
Witam Pana,
Trafne spostrzeżenia i dobry tekst, ale to wybory partyjne w ordynacji
dotychczasowej są przyczyną takiego stanu rzeczy. Partie te nie są utrzymywane
ze składek swoich członkow, mają za to ogromne dotacje z budżetu państwa. Selekcja
negatywna polega na tym, że bogatsi i bardziej dupoliżący mają zagwarantowane
miejsca tzw. biorące na listach wyborczych. Skład sejmu i nawet rad miejskich
co kadencję wyrażnie gorszy...
No i oczywista sprawa - media... Zwłaszcza telewizja niszczy mózgownice.
Chociaz powiem Panu, że obaj moi synowie wyrzucili telewizory na śmietnik. Efektem
jest lepszy rozwój ich dzieci, a moich wnuków.
Pozdrawiam
S.G. (pełne personalia znane autorowi)
06.02.2010
Szanowny Panie,
Jakkolwiek poza jednym z tezami i spostrzeżeniami pana w powyższym wpisie
można się w pełni zgodzić to jednak nie zgadzam się absolutnie z krytyką p.
Romana Giertycha. Śledziłem dokładnie jego karierę polityczną i moim zdaniem
jest najbardziej wiarygodny, mądry, odważny, roztropny, medialny, roztropny,
prawdomówny, nie egoistyczny polityk na polskiej prawicy. Każde z tych określeń
jestem zdolny osobno uzasadnić co nie znaczy, że nie dostrzegam kilku jego błędów,
które jednak w porównaniu do jego zasług są niewspółmiernie małe.
Dlatego szanując Pana i znając Pana poglądy (bardzo mi bliskie) z portalu
proszę aby Pan nie wkupywał się u naszych mniemam wspólnych wrogów i przeciwników
fałszywymi i bezpodstawnymi z gruntu inwektywami skierowanymi do człowieka ,
który jest pozytywnym ewenenementem .
Z wyrazami szacunku
Tadeusz Palka
06.02.2010
Od autora:
Chyba znamy różnych Romanów Giertychów. Ja znam tego,
który nie tylko osobiście przyczynił się do zmarginalizowania LPR (m.in. poprzez
osłabianie struktur terenowych tej partii na rzecz preferowania kadrowej gwardii
przybocznej) ale także dokonywał i dokonuje nadal wyborów sytuujących go bardzo
daleko od obozu prawicowego, a tym bardziej narodowego. Wystarczy przypomnieć
choćby szczególną zażyłość z koczownikiem o personaliach Radosław Sikorski
oraz jego żoną Anne Applebaum, żydowską agitatorką. Giertych
junior, jakoś dziwnie łatwo dopuszczany przed kamery największych telewizji,
usilnie lansuje swojego kolegę (przyjaciela) jako kandydata PO na prezydenta
RP. Nie lekceważyłbym również takich zabiegów R. Giertycha jak przyjęcie do
LPR żyda Jacka Kurskiego i powierzenie mu kluczowej roli na
Pomorzu (wywiązał się z niej znakomicie eliminując najbardziej wartościowych
działaczy) czy słynny wywiad dla "Gazety Wyborczej", w którym dał
się poznać jako wyjątkowy, schlebiający żydokomunie, koniunkturalista.
Polskie przysłowie mówi wprawdzie, że "niedaleko pada jabłko od jabłoni"
lecz R. Giertycha z jego ojcem Maciejem w poglądach na sprawy polskie dzieli
przepaść trudna do logicznego wytłumaczenia. A psucia wizerunku Romana Giertycha
z mojej strony proszę się nie obawiać. Sam zainteresowany robi to wielokroć
skuteczniej.
Henryk Jezierski
|