|
2010-05-16
I po co te nerwy, pomówienia, domniemania, snucie najbardziej
absurdalnych hipotez oraz szczucie Polaków "prawdziwych" przeciwko
"nieprawdziwym", realizowane skutecznie przez żydowskich agitatorów?
Od momentu wysłuchania pierwszej informacji o katastrofie pod Smoleńskiem do
chwili obecnej nie miałem i nadal nie mam cienia najmniejszych wątpliwości,
kto zabił Lecha Kaczyńskiego. Moja, niczym niewzruszona, odpowiedź
brzmi: on sam. A ściślej - zabiła go iście chazarska nienawiść
do Rosjan i przekonanie, że przy użyciu polskich szabas-gojów da jej w Katyniu
upust daleko większy, niż wtedy, gdy ruszył na odsiecz żydowskim namiestnikom
Gruzji, cokolwiek pochopnie przekonanym o powodzeniu swojej akcji zbrojnej przeciwko
Rosji.
Niestety, nie wyszło. "Rzeczpospolita" straciła urzędującego
prezydenta, a wraz z nim blisko setkę towarzyszących mu osób. Skłamałbym pisząc,
że wszystkich żałuję w równym stopniu. A już w najmniejszym dowódców poszczególnych
wojsk, którzy uznali za konieczne podlizać się swojemu zwierzchnikowi i zameldować
w komplecie na pokładzie tego samego samolotu.
Jako były żołnierz służby zasadniczej, który spełnił swój patriotyczny
obowiązek na początku lat 70-ych ubiegłego wieku w jednostce łączności Marynarki
Wojennej w Wejherowie, nigdy nie darzyłem specjalnym szacunkiem kady
zawodowej lecz widzę, że trepy NATO-wskie są jeszcze bardziej
tępe od trepów z Układu Warszawskiego. Pierwsi do defilad,
pokazówek i odznaczeń, ostatni do porządnego szkolenia i wysiłku w doskonaleniu
wojskowego rzemiosła. Nic dziwnego, że w chwilach krytycznych - takich choćby
jak moment lądowania TU-154 pod Smoleńskiem - naszym wybitnym
pilotom, co to "i na drzwiach od stodoły polecą",
pozostaje jedynie wzywanie imienia Pana Boga. Niestety, zwykle nadaremno...
Oczywista oczywistość winy Lecha "Spieprzaj Dziadu" Kaczyńskiego
w dokonaniu zbiorowego samobójstwa na rosyjskiej ziemi stoi w jawnej sprzeczności
wobec narastającego amoku sPiSkowców, umiejętnie podsycanego
przez medialne imperium o. Rydzyka oraz agitacyjne gudłajstwo
(Wildstein, Pospieszalski, Janecki,
Sakiewicz, Ziemkiewicz) z nieograniczonym
dostępem do publicznej telewizji i radia. Nie ma dnia, abym w swojej poczcie
elektronicznej nie otrzymywał coraz bzdurniejszych hipotez mających przekonać,
że za katastrofą pod Smoleńskiem stoi putinowska bezpieka.
Gdy jednak próbuję podążyć tym tropem, wysuwając domniemanie, że FSB,
i owszem, mogła maczać palce w kwietniowej tragedii lecz tylko jako podwykonawca
działający na zlecenie służb znacznie bardziej wpływowych, szczególnie Mossadu,
wówczas sPiSkowcy nabierają wody w usta i patrzą na mnie jak
na kogoś, kto w praktycznej interpretacji spiskowej teorii dziejów posuwa się
stanowczo za daleko.
A niby dlaczego? Stara maksyma łacińska - niemal zawsze sprawdzalna w praktyce
wymiaru sprawiedliwości - mówi, że ten popełnił zbrodnię komu przyniosła
korzyść (w oryginale: "Cui prodest scelus, is fecit").
Dla Rosji śmierć prezydenta RP, znanego wprawdzie ze swojej organicznej nienawiści
do tego państwa, lecz nie mającego żadnych szans na reelekcję, byłaby rozwiązaniem
najgorszym z możliwych. Widać to zresztą teraz, po zmasowanych atakach rusofobów
- głównie antysłowiańskiego, czyli żydowsko-chazarskiego chowu - na naszego
wschodniego sąsiada. W tych atakach nie brak nawet plugawienia pamięci około
600 tysięcy Rosjan poległych na obcej dla siebie ziemi w walce z Niemcami, którzy
- co przypominam wielu durniom, zwłaszcza "repatriantom" zza Buga
- nie wysyłali Polaków do Kazachstanu lecz do piachu, czyli ostatecznie i bezpowrotnie.
Z korzyściami dla Mossadu, a ściślej - jego syjonistycznych mocodawców,
rzecz wygląda zgoła odwrotnie. W kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich
i ich spodziewanych wyników, żywy Lech "Spieprzaj dziadu" Kaczyński
jawił się jako oczywisty trup polityczny. Co gorsze, ten sam los - po przegranych
wcześniej wyborach parlamentarnych - czekał Prawo i Sprawiedliwość.
Istniało zatem poważne ryzyko, że Platforma Obywatelska - również
kontrolowana przez syjonistów - będzie miała za konkurenta nie jakąś kolejną
mutację Unii Wolności (aby utrzymać szabas-gojów w przekonaniu,
że demokracja ma się dobrze) lecz partię z dominującym elektoratem patriotycznym,
w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Po prostu, ludzie pamiętający, wcześniejsze
wyczyny PiS (zasadny skrót od Prowokacje i Spiski) oraz widzący,
jak PO - silna trójwładzą premierowską, parlamentarną i prezydencką - bezkarnie
realizuje cele żydokomuny niemieckiej, mogliby w końcu powiedzieć koczownikom
i przybłędom "DOSYĆ!".
Katastrofa pod Smoleńskiem definitywnie likwiduje takie zagrożenie. Dotychczasowy
prezydent, choć trup w sensie biologicznym zyskał na wartości wielokrotnie.
Lech "Spieprzaj Dziadu" Kaczyński przeistoczył się cudownie w Lecha
"Santo Subito" Kaczyńskiego. Notowania PiS i jego
lidera Jarosława Kaczyńskiego, wyznaczonego na nowego pretendenta
do urzędu prezydenta 3/4 RP, skoczyły w górę równie gwałtownie jak gwałtownie
spadał na smoleński las TU-154. Wystarczyło umiejętnie wykorzystać typową dla
Słowian uczuciowość, zaprzęgnąć do pracy dyspozycyjnych agitatorów (także w
sutannach) i nagle - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - najbardziej
zażydzona z istniejących partii, stała się partią najbardziej "polską i
patriotyczną". Przypominam jeszcze raz sPiSkowcom: ten
popełnił zbrodnię, komu przyniosła korzyść.
Osobnego potraktowania wymaga analiza zaskakującej zmiany stosunku wielu
setek tysięcy obywateli RP - etnicznych Polaków nie wyłączając - do Lecha "Spieprzaj
dziadu" Kaczyńskiego. Ta zmiana - widoczna bezpośrednio, na własne oczy
i uszy - pozwala mi lepiej zrozumieć fenomen fascynacji oraz stawiania na piedestały
niejakiego Józefa Piłsudskiego, litewskiego przybłędy z pochodzenia,
który przez wnikliwych badaczy historii (nie mylić z "historykami")
znany jest m.in. jako agent austriacko-niemiecki o pseudonimie "Ziuk",
tchórz (dezercja przed Bitwą Warszawską), zakompleksiony żołdak (samozwańczy
awans na marszałka) i usłuszne narzędzie żydomasonerii (m.in. przewrót z maja
1926).
Pozostając odporny na żydowską agitację, czuję się w obowiązku przypomnieć
Polakom oczadziałym - przyjmijmy, że chwilowo - przez sPiSkowców,
oczywiste FAKTY. Otóż, niepodważalną i - niestety - nieodwracalną zasługą Lecha
"Santo Subito" Kaczyńskiego jest m.in.:
Po pierwsze:
Ratyfikowanie Traktatu Lizbońskiego, likwidującego ostatecznie
resztki suwerenności Polski i oddającego ją w pacht żydo-masonom z Brukseli.
Teraz mamy np. prezydenta UE, o którego wyborze nie decydowali nawet europarlametarzyści,
cóż zatem mówić o szeregowych Europejczykach. Kto tego nie pamięta,
ten żyd lub szabas-goj z obrzezanym mózgiem.
Po drugie:
Skuteczne - przy użyciu spolegliwego narzędzia o personaliach Marek
Jurek - wniesienie pod obrady Sejmu i przegłosowanie uchwały gwarantującej
Żydom przekazanie polskiej ziemi. Wprawdzie jej wartość ma wynieść "tylko"
jedną piątą z 65 mld dolarów, jakich żądają od nas hochsztaplerzy ze Światowego
Kongresu Żydów lecz kto powiedział, że na tym skończą? Przy okazji
- czym wytłumaczyć chwalenie się tym rabunkiem przez Lecha "Santo Subito"
Kaczyńskiego podczas jego wizyt w Izraelu i USA? Kto tego nie pamięta,
ten żyd lub szabas-goj z obrzezanym mózgiem.
Po trzecie:
Aktywny współudział w likwidacji polskiej armii na rzecz stworzenia zawodowych
najemników - bandytów opłacanych z naszych pieniędzy po to, aby napadać na kraje,
które nigdy Polsce nie zagrażały (Irak, Afganistan). Realizacja żydowskich geszeftów
także w tym wypadku okazała się dla nowego lokatora Wawelu ważniejsza od bezpieczeństwa
Polski. Kto tego nie pamięta, ten żyd lub szabas-goj z obrzezanym mózgiem.
Po czwarte:
Wstrzymanie ekshumacji Żydów, zamordowanych w 1941 roku w Jedwabnem. Przypomnijmy,
że głupszy z bliźniaków uczynił to jeszcze jako prokurator generalny RP. Powód?
Otóż istniało realne "zagrożenie", że czaszki ofiar będą nosiły ślady
postrzałów z broni, którą dysponowali tylko Niemcy. Dzięki decyzji Lecha "Santo
Subito" Kaczyńskiego obowiązującą pozostała wersja o mordzie dokonanym
przez Polaków, szeroko rozpowszechniana w świecie przez żydowskie media i wykorzystywana
przez syjonistów do lansowania tezy o polskim antysemityźmie. Nie tylko zresztą
przez syjonistów. Dość wspomnieć wystąpienie urzędującego wówczas prezydenta
Aleksandra Kwaśniewskiego vel Stolzmana, który
obciążył tą zbrodnią Polaków i w naszym imieniu przepraszał za nią syjonistów.
Kto tego nie pamięta, ten żyd lub szabas-goj z obrzezanym mózgiem.
Po piąte:
Przypisywanie zbrodni katyńskiej nie jej faktycznym realizatorom, czyli żydom
z NKWD (na czele z jego szefem Ławrientijem Berią)
lecz Rosjanom przy jednoczesnym przemilczeniu daleko większych i okrutniejszych
zbrodni dokonanych na Polakach przez Ukraińców (Wołyń) i Litwinów
(Ponary). To kolejny przykład bardzo kiepsko skrywanej, typowo chazarskiej nienawiści
Lecha "Santo Subito" Kaczyńskiego do Rosjan. Kto tego nie
pamięta, ten żyd lub szabas-goj z obrzezanym mózgiem.
Niestety, nie wiemy o wszystkich antypolskich dokonaniach "wielkiego
patrioty i Polaka". Niektóre wypływają dopiero teraz. Ot, choćby w kondolencjach
wystosowanych przez naczelnego rabina RP, który nie tylko nazwał L. Kaczyńskiego
wielkim przyjacielem Żydów ale także - o czym nie wiedziałem - przypomniał jego
jednoznaczny sprzeciw wobec międzynarodowej rezolucji potępiającej zbrodnie
Izraela w Strefie Gazy. Uczynił to - podkreślmy - jako jedyny spośród przywódców
państw europejskich.
Niech nikt, a zwłaszcza sPiSkowcy, nie próbuje też przekonać
mnie do L. Kaczyńskiego jako katolika. Zbyt dobrze pamiętam jego rechot i oklaski
w warszawskim kościele, gdy usłyszał o rezygnacji abp. Wielgusa
z kierowania archidiecezją warszawską. Z katolicką wiarą - mimo usilnych wysiłków
żydowskich przechrztów robiących za duszpaszterzy - nie da się także pogodzić
wprowadzonej przez eks-prezydenta uroczystości corocznego zapalania w Belwederze
menory, symbolu żydowskiej nienawiści do nie-żydów oraz pisemnie wyrażonej radości
z okazji reaktywowania w Polsce żydo-masońskiej loży B'nai B'rith,
szczególnie zasłużonej w bezwzględnym zwalczaniu katolicyzmu.
I jeszcze jedno. Drugorzędna to wprawdzie rzecz, zwłaszcza w zestawieniu
z jawnie antypolskimi działaniami Lecha "Santo Subito" Kaczyńskiego
lecz ilekroć słyszę o nim jako człowieku miłym, ciepłym i życzliwym ludziom
tylekroć otwiera mi się w kieszeni scyzoryk. Czyżby słynne "spieprzaj
dziadu" adresowane do warszawskiego emeryta lub określanie dziennikarki
mianem "małpy w czerwonym" było wytworem wrażych
knowań Putina i jego służb?
Swoją drogą, co za sukinsyn podmienił nam w Smoleńsku prezydenta
3/4 RP? Z Warszawy wyleciał mściwy, małostkowy kurdupel bezwzględnie
realizujący żydowskie geszefty, Wrócił natomiast... "wielki mąż
stanu", "prawdziwy Polak, patriota i katolik",
godny miejsca na Wawelu. Czyżby naprawdę w VIP-owskiej kabinie TU-154 zadziałały
jakieś silne pola magnetyczne? Jeśli tak, sPiSkowcy mają nad
czym pracować. A może po prostu doszło do cudownej galwanizacji trupa i zainplantowania
mu cech, niezbędnych dla osiągnięcia zamierzonego celu. Wszak ten uświęca wszystko.
Zwłaszcza, gdy stawką jest sprawa żydowska.
Henryk Jezierski
P.S.
Jestem często nagabywany o swoje preferencje wyborcze na dzień 20 czerwca br.
Zaręczam, że są przewidywalne i w pełni tożsame z głoszonymi od wielu lat poglądami.
W pierwszej turze zagłosuję na Andrzeja Leppera, nie tyle jako
człowieka i polityka (tu na moje komplementy liczyć nie może) lecz jako reprezentanta
partii, której antypolskich działań przypisać nie sposób. Będzie to także forma
obywatelskiego protestu przeciw manipulacjom zarówno instytucji państwowych
(vide: PKW), jak i mend medialnych oraz polityków żywotnie zainteresowanych,
aby przez koszerne sito nie przeszedł choćby jeden goj. Oczywiście, szanse Leppera
na drugą turę są iluzoryczne lecz każdy wynik powyżej 1 proc. będzie tutaj pokazaniem
efektownego "wała" samozwańczej elicie.
W rundzie drugiej, zwłaszcza z udziałem B. Komorowskiego
i J. Kaczyńskiego (ostatnio wielkiego "przyjaciela"
Rosjan), reprezentujących dwa - pozornie zwalczające się - kibuce w ramach tej
samej gminy, głosu najzwyczajniej nie oddam. Także wówczas, gdyby do takiego
kroku namawiał Lepper. Mówiąc krótko - na żydów nie głosuję, bo nie
kolaboruję.
H. Jez.
|